Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja czeska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja czeska. Pokaż wszystkie posty

Młode kobiety




O noce musujące o dni musujące

kiedy powietrze jest pełne

drobnych obnażonych dziewcząt

tańczących pośród pręcików

naszych pożądań



spuszczające powieki paznokci

pod naszym prostactwem

rożki lubieżności wstydliwej

wrzecionka niezwyczajne

łodygi naszych podniesień

rękawiczki czułości

o palce młodych kobiet



kiełznające uzdą uścisków

miliony cząstek naszej krwi

skupionych w linię bojową

co ma kształt dziewczecego łona



Palce młodych kobiet

pałeczki miłosnych werbli

odźwierni rozkoszy

kwietne znamiona w rosie

nagie masturbantki



Piersi młodych kobiet

usta nagości

grona Venus kuszącej

podniety rozkoszy

pyszczki cieląt

pieczęcie nocy

płataki sasanki olbrzymiej

zmowa aksamitu

pole bitewne pocałunków

grudki skowronków zmysłowych

o piersi młodych kobiet



o krnąbrnych suteczkach

ach niechby objęły całe ciało

by nigdy nie było dosyć pieszczot



Brzuchy młodych kobiet

pagórki srebrnych wichrów

górskie osty raju

spełnienie naszych żądz

elegie tkliwości

króliczki z pyszczkami do wewnątrz

dzieże wzbierające czułością

hic sunt leones

amfory niemowląt

gniazdo sześciu gołębic

sztandary pokoleń

o brzuchy młodych kobiet



w których płoniemy złaknionym porywem

i zuchwałym pragnieniem

by obrócić was na drugą stronę

zagniewani na Stwórcę

że tak mało

myślał o miłości



Łona młodych kobiet

konchy perłowe łoża

prześwity anielskie

blizny z róży

o łagodniątka

smyczki naszych strun

drapieżne wargi nimf

rozkoszna geometrio płotów

cudowne lampy

zarękawki

o łona młodych kobiet



pełne nieugaszonych pragnień

orzęsione wilgocią

w których czółenko nasze tka

ciągłość pokoleń

w rytmie

jeszcze nie jeszcze nie jeszcze nie



Pośladki młodych kobiet

amorki pyzate

słońca pod koszulką



František Halas

przekład Adam Włodek

Zmartwychwstanie







Stanislavowi Zedničkovi



Więc po tym życiu miałyby nas kiedyś obudzić

przeraźliwe jęki trąb i rogów?

Odpuść mi, Boże, ale krzepię się wiarą,

że początek i wskrzeszenie wszystkich nas, nieboszczyków,

obwieści po prostu pianie koguta...



Potem przez chwilę zostaniemy jeszcze w łóżku...

Pierwsza wstanie

mama... Usłyszymy,

jak cichutko rozpala ogień,

jak cichutko stawia wodę na blasze

i troskliwie wyjmuje z szafki młynek do kawy.

Będziemy znowu w domu.



Vladimír Holan

przekład Leszek Engelking

Śmierć




                                                             


Wygnałeś ją ze swego wnętrza już wiele lat temu

i zamknąłeś ten zakamarek, i starałeś się o wszystkim zapomnieć.

Wiedziałeś, że nie ma jej w muzyce, toteż śpiewałeś,

wiedziałeś, że nie ma jej w ciszy, toteż zachowywałeś milczenie,

wiedziałeś, że nie ma jej w samotności, toteż byłeś sam...

Ale niestety! Co to się dziś stało,

że jesteś przerażony jak ktoś,

kto nagle w nocy dostrzegł

smugę światła pod drzwiami

prowadzącymi do pokoju obok,

w którym już dawno nikt nie mieszka?



Vladimír Holan

przekład Leszek Engelking

Co mogła czytać?







Co mogła czytać ta dziewczyna z książką w tramwaju?

Będąc poza czasem, postacią, nawet imieniem,

miała już tylko uczucie, to zaś dygotało tak żarliwie,

że gdyby jej przyszło przemówić, lżyłaby, przeklinała,

a gdyby jej przyszło spojrzeć, zobaczyłaby

najwyżej bunt aniołów...



Kto wszedł w głąb poezji,

ten już nie wyjdzie...



Vladimír Holan

przekład Leszek Engelking

Świadectwo




Niejeden raz w miesiącu odmienia się słońce

i niejeden raz w roku przenika wszystkimi promieniami

do starego kościoła

i wesoło tam oświetla posągi królów,

którzy leżą na sarkofagach

i chciwymi rękami dławią mieszek,

napełniony sercem i trzewiami.



Niejeden raz w miesiącu odmienia się gwiazda

i dużo razy w roku przenika

wieloma promieniami do kostnicy,

a metalicznym śmiechem tłumiąc swą obecność

zmusza miejscowego cyklistę by nadkładał drogi.



Czterokroć w miesiącu odmienia się księżyc,

lecz tylko raz w roku przenika do sklepiku

handlarza starymi kapeluszami.

Tylko raz w roku i jednym promieniem.

Takie nań pada przerażenie!



Vladimír Holan

przekład Michał Sprusiński

Kufer




To jest starzec, który już dwa lata

nie może otworzyć kufra, gdyż zgubił klucz,

a boi się mówić córce o pieniądzach na ślusarza.

Ma w tym kufrze trochę drobiazgów,

które mogłyby go jeszcze pocieszyć:

jakieś młodzieńcze fotografie z żołnierki w Bośni,

garść listów dość wyblakłych i niewyraźnych,

aby nad nimi marzyć,

skorpiona i balowy żabot,

na którym podpisała mu się kiedyś Cléo de Mérode,

lecz głównie ma tam mocny hak

i sznur, wytrzymalszy od siedmiu anielskich włosów...



O, starzec dobrze wie, że nie trzeba haka i sznura

i że można zeskoczyć po prostu z okna...

Ale nie wie, że już dawno właśnie na to czeka

sąsiad z domu niezmiennie naprzeciwko,

sąsiad, co sobie włosy maluje chemicznym ołówkiem

i chodzi tylko na pogrzeby samobójców...



Vladimír Holan

przekład Michał Sprusiński

Stale na nowo




Stale ta nieobecność, więcej: to opuszczenie,

opuszczenie przy wszystkich znamionach okrucieństwa,

w więzieniu śledczym najswobodniejszej

z niedopowiedzianych wymówek...



Niezdolna odpowiedzieć na wezwanie nawet się nie bronisz,

a przecież inaczej nie można, łzo już rozpoczęta.

To, co opuściliśmy, ma nas,

to, co opuściło nas, dało nam siebie!



Vladimír Holan

przekład Marian Grześczak

Dwa jeziora




Wino jest głębsze niźli puchar.

Zieleń wiruje wieczorami.

Bażant na gałąź z krzykiem wraca,

kolumny ciszy tłumią krzyk.



Marzysz (szperając we wspomnieniach),

że mogłoby to być radością,

co by igraniem swym złączyła

z doczesnym światem tamten świat.



A pamięć ci maluje obraz,

który cię kiedyś oczarował:

dziewczynę na wysmukłej grobli

leżącą z dłońmi w toniach dwu.



Vladimír Holan

przekład Leszek Engelking

Spotkanie V




W nieznanym mieście zatrzymany w bramie przez kobietę,

prosiłem: Wpuść mnie dalej, ledwo wejdę,

a już się cofnę, i wejdę znowu, tylko by się cofnąć,

albowiem boję się ciemności jak wszyscy mężczyźni.

Ale ona powiedziała:

Zostawiłam tam przecież zapalone światło!



Vladimír Holan

przekład Leszek Engelking

Domy




W domach znużonych nóg

jest najwięcej schodów.



W domach bezwładnych rąk

nie ma poręczy.



W domach oślepłych oczu

jest najwięcej światła.



W domach bijących serc

ściany są z betonu.



W domach umierania

na parterze jest knajpa.



Vladimír Holan

przekład Leszek Engelking

Kochankowie




Gdzie spadnie gwiazda, na którą patrzy kochanka,

tam już się ziemi wyrzynają ząbki...



Gdzie spadnie gwiazda, na którą patrzy kochanek,

tam dojrzała już ziemia pożera mogiłą...



A przecież przestrach ich obojga przełamuje się w nowe życie,

choćby i wszystko tutaj było tylko chwilą,

albowiem nawet aniołowie są skąpi:

wetkną palec do raju i dają go nam oblizać...



Vladimír Holan

przekład Leszek Engelking

Ściernisko







Na ściernisku strach na wróble stoi.

Kogo straszy, przed kim straż swą trzyma?

Mgła się przecież go wcale nie boi,

owa mgła z jesiennymi oczyma.



Ptaków szukać już tutaj daremnie,

o tej porze ziarno się nie zdarza.

Nic już nie ma teraz także we mnie,

ale śmierć mnie jak dawniej przeraża.



Vladimír Holan

przekład Leszek Engelking

Na podwórzu szpitala




Słyszałem dziś rano uporczywe i drażniące uderzenia w dywan

trzepany na podwórzu szpitala —

i musiałem myśleć o wszystkich sercach

uporczywie i gorzko kołatających

w zmurszałą deskę nadziei, nadziei na lepszą przyszłość,

która by nie łudziła, a niosła prawdę.

I musiałem myśleć o wszystkich ludziach, ludziach przepadłych i żebrzących

i o tych, którzy już żebrać nie mogą, znużeni niby ręka po wojnie,

musiałem myśleć o istocie zapartej wszystkimi drzwiami przed tymi,

którzy gadają przy jedzeniu, a którym przyszło oferować figurki skrzatów,

nici z dziewiczych koszul, lub lody z kwietniowego śniegu,

musiałem myśleć o tych, co się porozumiewają

z pobielanym grobami jedynie w gwarze prostytutek,

musiałem myśleć o wszystkich zawsze marzących i zawsze okłamanych,

tak że znają tylko gorycz pragnienia

i krowie placki miast majowego masła,

musiałem myśleć o wszystkich wieczyście oszukanych, co już niematerialni,

a tak niewidoczni, że są w każdej wilgotnej norze piwnicznej

i w każdym ciele, które długo już nic nie jadło

i zagrzewa swoje sine dłonie

u kuchennego ognia fantazji z gasnącym trzepotaniem płomienia,

musiałem myśleć o wszystkich desperatach, co się zatracają

w złudnej krzepie pijackiej

o wszystkich tych, którzy już tak nikli, że wręcz niedostrzegalni

w swym uniżeniu, zagłuszanym misternie kowadełkiem egoizmu,

musiałem myśleć o tych wszystkich, o których chyba zapytałby Bóg,

gdyby mu doniosły dzieci, gdyby dzieci radio opanowały,

gdyby dzieci nie były równie bezlitosne jak dorośli —

musiałem myśleć o wszystkich tych, o których mówi się, że są zagadkowi,

tymczasem chodzi przede wszystkim o dusze, nad którymi nikt się nie zmiłuje,

musiałem myśleć o bladych dziewczynach z nędznych sklepików,

gdzie trzeba świecić cały dzień, gdzie nikt nie zagląda

i gdzie się boją, gdy jednak czasem wstąpi ktoś kupić bułkę,

musiałem myśleć o tych, które przed wszystkimi zataiwszy poród

mają nieślubne dzieci z samotnością,

z palącą samotnością i cmentarnymi drzwiczkami,

podczas gdy los ma smak wina,

uderzającego przy śmiechu do nosa,

musiałem myśleć o gazeciarzach biegnących wzdłuż wagonu

z szpetną usłużnością gruźlika i świdrującym wrzaskiem,

o śpiewaczkach, które straciły głos

i dlatego powiększają wciąż krzykliwy dekolt,

o posługaczkach, które sprzątając u bogatych

mogą chodzić tylko boso i to jeszcze po rozrzuconych szmatkach,

aby nie zdeptać parkietu,

musiałem myśleć o wszystkich z kółkiem w nozdrzach,

o wszystkich wleczonych tam, gdzie są niezbędni jak sól:

w salinie, w warzelni, i na solnym placu,

tak, musiałem myśleć o tych wszystkich, wśród których jestem i będę,

dokąd będą zawodzące staruszki, które muszą błagalnie prosić,

oparte o dworcowy mur,

ach, tak, właśnie tam, gdzie inni najbardziej się spieszą —

i dokąd będą starcy, którzy stanowiąc już suche znaki żałobnej klepsydry,

jeszcze muszą żyć i ustami nieboszczyków gorliwie milczeć,

ach, tak, właśnie tam gdzie leniwi przechodnie zapomnieli o miłosierdziu

i dokąd będzie bieda z nędzą,

a obydwie jakby zawiedzione, ponieważ źle zrozumiane,

a dlatego źle zrozumiane, ponieważ przymusowe,

i dokąd będą biedacy, którzy z pychy oszczedzają

na trumnę i pogrzebowe pienia —

i dokąd będą nędzarze, którzy nie mają już nic,

którym los poskąpił nawet ostatniego grosza na mszę żałobną,

i którzy nie wiedzą, kiedy się urodzili i dlaczego jeszcze mają imię,

i którzy "w spokojnych czasach" są grzebani w skrzyniach po cukrze,

i których dzieci są grzebane w skrzyniach po mydle.



Vladimír Holan

przekład Michał Sprusiński

Zmarła wieczorem




                                                 Aert Gelder, Modląca się stara kobieta



Wysoko, wysoko.



Ostatnie słowa błąkały się po suficie

jak chmury.

Kredens płakał.

Fartuch drżał,

jakby zakrywał otchłań.



Koniec. Młodzi poszli spać.



Ale koło północy

umarła wstała,

zgasiła świece (niech się nie marnują),

szybko zacerowała ostatnią pończochę,

znalazła swoich pięćdziesiąt koron

w musztardówce

i położyła banknot na stole,

znalazła za szafą nożyczki,

znalazła rękawiczkę,

której od roku szukali,

sprawdziła wszystkie klamki,

zakręciła kran,

dopiła kawę



i z powrotem padła na tapczan.



Rano ją zabrano.

Została spalona.

Popiół był gruby

jak ze zwykłego

węgla

brunatnego.



Miroslav Holub

przekład Leszek Engelking

Zegar




                                                                 By Gilbert Garcin



W X wieku

mnich Gilbert

skonstruował pierwszy zegar mechaniczny:

dążenie ducha

do Wiecznej Nieskończoności

potrzebowało

tykania. Balansjera,

jak cyrkowca na trapezie,

który się obluźnia.



Z tykania zegara zrodziły się dzwony,

z jednoczesnego bicia dzwonów

zrodziły się miasta,

z miast zrodziły się inne zegary, godziny,

z godzin zrodziły się

minuty,

z minut zrodziły się

sekundy,

z sekund zrodziła się

chwilka.



I nie ma natury w tej chwilce.

Ani miast. Ani dzwonów, ani tykania.

Ani mnicha. Ani popiołu.



Akrobata pod kopułą

wyciąga rękę do trapezu,

którego tam nie ma.



Miroslav Holub

przekład Leszek Engelking

Achilles i żółw




                                      Centaur Chiron ze swym wychowankiem, Achillesem



Achilles nie dogoni żółwia

Zenon z Elei



W satynowym cieniu drzew oliwkowych

Zenon kręci głową.

             Albowiem Achilles słania się z wysiłku

             jak pies, który gonił własny ogon,

             a żółw wędruje dalej,

             żeby zagrzebać się w piasku,

             złożyć jaja,

             zdechnąć,

             urodzić się,

             przepłynąć Hellespont,

             ogryzać posłonek.



Zenon kręci głową.

             Albowiem Achilles nie przebiegnie nawet kilometra,

             a żółw

             lezie

             całą wieczność.



W satynowym cieniu drzew oliwkowych,

kręcąc głową,

umiera Zenon.

Ze złocistymi goleniami,

wspaniały i sławny,

powstaje i kroczy naprzeciw ostatniemu starciu

Achilles.




Ale

jak się nazywa

ten żółw?



Miroslav Holub

przekład Leszek Engelking

Napoleon







Dzieci, kiedy się urodził

Napoleon Bonaparte,

zapytuje nauczyciel.

Przed tysiącem lat, mówią dzieci.

Przed stu laty, mówią dzieci.

W ubiegłym roku, mówią dzieci.

Nikt nie wie.

Dzieci, co zrobił

Napoleon Bonaparte,

zapytuje nauczyciel.

Wygrał wojnę, mówią dzieci.

Przegrał wojnę, mówią dzieci.

Nikt nie wie.

U nas miał rzeźnik psa,

mówi Franciszek,

nazywał się Napoleon.

Rzeźnik go bił i pies zdechł

z głodu

rok temu.


I wszystkim dzieciom teraz żal


Napoleona.



Miroslav Holub

przekład Jan Zych

Berta Soucaret







Kiedy Berta Soucaret,

nikomu nieznana Kreolka z Gwadelupy,

miała osiemnaście lat,

obrano ją królową piękności.



Była to pierwsza królowa na świecie

i wszystkie kobiety

natychmiast przejrzały się w lustrze.



Działo się to w Spa w Belgii,

mieście z kropel, kwiatów i pieśni,

18 września 1888 roku.

Na zakurzonej pozytywce,

którą wyszperałem na strychu,

znalazłem wypisaną złotymi cyframi

tę samą datę.

Pozytywka grała jedną z pieśni miłosnych

Franciszka Schuberta.



Upłynęło już wiele lat

od jej koronacji

i dawno już nie żyła,

kiedy zakochałem się w jej cieniu,

który spotykałem czasem w młodości.

I od tej chwili szukałem jej piękna

w twarzach dziewcząt,

którym biegłem naprzeciw.



Bo czy każda kobieta,

przynajmniej czasem, przynajmniej na chwilę,

przynajmniej dla jednych oczu,

nie może być

tą najpiękniejszą na świecie?



Palce błądzą po firmamencie skóry

jak gwiazdy po niebie,

aż całe ciało rozbłyśnie

płomieniem, co płonie w środku.

Usta piją z ust,

ale pragnienie wciąż rośnie

i głód rozkoszy prowadzi oboje

na starodawny obrzęd.



Cóż piękniejszego może dać życie

niż miłość?

Uwieńczona zielonymi gałązkami

swojej ziemskości

ma najbliżej do nieba

i tylko ona daje nam zobaczyć,

jacy bylibyśmy szczęśliwi,

gdyby istniało.



Potem kobieta ściera wszystkie pocałunki

z płonącej twarzy

i sięga obiema rękami

do rozwichrzonych włosów,

żeby zatrzymać jeszcze na chwilę

ulotny blask swej korony.



A po latach

przychodzi ta, przychodzi inna.

W kwiaciastych sukienkach wspomnień

szepczą słowa tak ciche,

że ich prawie nie słyszę.

Lecz po chwili znowu znikają,

jedna po drugiej,

i w tej nocnej ciemności

znowu muszę je grzebać,

znów przywalać ciemnością, z której przyszły,

a ta jest jeszcze czarniejsza!

Już bez płaczu, już bez pochodni

i być może na zawsze.



Przyszła także Berta Soucaret,

młodziutka Kreolka z Gwadelupy,

gdzie pachnie wanilia.

Była chyba najpiękniejsza ze wszystkich.

To możliwe. Już nie wiem.



— Niech pani nie odchodzi tak szybko,

niech mi pani uwierzy,

musiałem się wtedy rzucić

pani pięknu do kolan

i już tylko we śnie całować

jego nogi,

chociaż pani od dawna nie żyła.



— Kiedy sobie panią przypomnę,

jeszcze dzisiaj

słyszę swoje stare serce.



— A wspomnienia, które nie były piękne,

i te, w których nie ma miłości,

porzucę, niech leżą przy drodze,

zostawię je na pastwę kondorów.



Jaroslav Seifert

przekład Leszek Engelking

Do dziewczyny mieszkającej koło cmentarza







Zazdroszczę tym aniołom i krzyżom, i świecom,

bo słyszą twój fortepian, nawet gdy grasz piano,

zazdroszczę tym aniołom, bo do okien lecą

gdy kładziesz się wieczorem i gdy wstajesz rano.



Zazdroszczę truposzowi dawno po pogrzebie,

bo widzisz, jak dogasa znicz na jego grobie,

bo ze swojej mogiły blisko ma do ciebie

i spać może tak blisko, nieomal przy tobie.



Jaroslav Seifert

przekład Leszek Engelking