Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ból_istnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ból_istnienia. Pokaż wszystkie posty

Złoto, sen i śmierć




Jeśli ziemia poskąpi mi złota,

będę łuskać je z kraterów nieba,

pośród gwiezdnych bezbrzeżnych rozłogów

będę pilnie i cierpliwie grzebać.


Jeśli ziemia mych snów nie objaśni,

a mój sen to raniony włóczęga,

zbudzę cienie mojej matki z baśni,

ciemnej baśni jak dławiąca wstęga.


Owijała się nią w złych przeczuciach,

teraz ją zapytam z bytu w niebyt,

czy ją ciągle lęk chaosu budzi,

czy Bóg śmiercią nas koi z potrzeby?


Czy też koniec to rzeźnia i ogień?

Wieczność, która lży ciebie robactwem?

Ślepy, głuchy żebrzesz przed jej progiem,

zanim staniesz się jej niemą pastwą?



Awraham Chalfi

przekład Aleksander Ziemny

Listopadowa ofiara




Jestem niegodny tych pól i bruzd,

       niegodny tego nieba, które swe bezwładne znaki

wpisuje w moją pamięć na nowe tysiąclecie,

       niegodny tych lasów, których nawałnice

wraz z burzami miast wdzierają się w moje starzenie.

       Jestem niegodny tych matek na zboczu i niegodny

chłopów, którzy brną przez swoje dni

       z krowami, gruszami, pijaństwem i kosami.

Jestem niegodny tych gór i wież kościelnych,

       niegodny jednej gwiaździstej nocy

i niegodny ścieżek wszystkich żebraków,

       które kończą się w smutku.

Jestem niegodny tej trawy, która chłodzi moje członki,

       pni drzew, które północ

wpędza w okrutne kalectwo deszczem

       i cieniami młokosów

składających moszczowi listopadową ofiarę

       wśród czarnych wzgórz, co dźwigają moją przemijalność.

Jestem niegodny tych procesji,

       które maj wyprowadza spośród kwitnących jabłoni,

z mleka i miodu, sławy i zgnilizny,

       z dawna mi zapewnionych.

Jestem niegodny wśród księży, rzeźników i handlarzy,

       niegodny przepowiedni tych ogrodów,

niegodny niedzieli, która swój słodki dym wypluwa w błękit.

       Niegodny jestem opuszczonych dziewcząt z czerwonymi plamami

w tym pejzażu, który liczy tysiące lat,

       a jego chleb ma smak głodu i zmarłych,

próżności i zmartwienia matek,

       co nie mogą uciec od swej męki,

męki zapomnianych, których słońce pali na polach.

       Niegodny jestem kosa, niegodny skrzypiącego koła młyńskiego,

niegodnie toczę swoją grę na brzegach rzeki,

       która nie chce słyszeć o wsiach.

Jestem niegodny tych dusz, które w chmurach i w zaroślach

       opowiadają sobie o kwitnącej ziemi,

o muzyce konającego nieba,

       o wielkim opuszczeniu, co przemyka nad wzgórzami,

niecierpliwie wyprzedzając burzowe zimy świata.



Thomas Bernhard

przekład Sława Lisiecka i Zdzisłw Jaskuła

Walc dla outsiderów




Żeby nam się tylko chciało chcieć

od nadziei kwit w kieszeni mieć

pojutrze.

Żeby serca nam nie ściskał żal,

kiedy wiosny odlatują w dal

coraz krótsze.

Żeby nie raniły drzazgi łez

pod powieką.

Żeby grając w ciemno wygrać też


na swój żeton.

By samotnie nie przepijać klęsk, 


mieć miłości łyk i wiary kęs.

Żeby jeszcze nam się chciało,





Dla tych chłopców z deszczu


po czterdziestce,

którym nie wychodzi, ale

ciągle młodzi są.

Grajcie skrzypce na trzy pas,



Para mknie za parą


w dal za dalą.

Posiwiała mała, co na disco


wczoraj szła.

Żeby nam się jeszcze chciało tak

podnieść żagle, gdy zawieje wiatr

w pełni lata.

Jeszcze raz przypomnieć sobie film








By na łańcuch nie zamykać drzwi,















Andrzej Brzeski

Kiedy dręczą mnie lęki, że istnieć przestanę




Kiedy dręczą mnie lęki, że istnieć przestanę,

Nim pióro zbierze plony, co w mózgu się wichrzą,

Nim staną, ziarnem liter po brzegi napchane,

Sterty książek, podobne ociężałym spichrzom;

Gdy widzę, jak twarz nocy, zdobną w gwiazd diamenty,

Obłok, ten zamek rozkoszy niebian, lotnie zaćmi,

I myślę, że nie skończę tu na ziemi wszczętej

Pogoni za cieniami, tych obłoków braćmi;

I gdy przeczuwam — ważka, co żyje godzinę —

Że i twój widok zgon mi na zawsze odbierze,

Że nigdy całym sobą już się nie rozpłynę

W magii miłości — wtedy na świata wybrzeże

Wychodzę — i w zadumie, sam, spoglądam w tonie,

Aż głąb nicości sławę i miłość pochłonie.



John Keats

przekład Stanisław Barańczak

Przez całe życie




1



To my rozłupujemy na dwoje,

my sami i tylko my,

coś, co jest jedno i niepodzielne.



2



A później

przez całe długie-długie życie

próbujemy po omacku i daremnie

fastrygować pierwotną

nieskazitelną materię świata.



3



Powinniśmy umrzeć w dzieciństwie,

u szczytu wiedzy, na wyżynach pokory,

ale żyjemy dalej, klajstrując i łatając

to, co nieodwołalne.



4



Dobrze chociaż, że po drodze zasypiamy.

A potem ostatecznie.



János Pilinszky

przekład Jerzy Snopek

Jak połowiczne




Jak połowiczne są nasze uczucia,

jak różnorodne nasze pożądania,

a spadamy przecież jak kamień:

prosto i jednoznacznie.



Jak miotamy się w sieci wstydu

i zmyślonej chwały, a przecież

trzeba by wydobyć na światło

wszystko, co chcemy ukryć.



Jakże

późno zaczynamy rozumieć,

że mgła w oczach bywa jaśniejsza

niż blask lampy i jakże późno

spostrzegamy, że świat od wieków

osuwa się na kolana.



János Pilinszky

przekład Jerzy Snopek

Piosenka




Brzemieniem świata

      jest miłość

Którą przytłacza

      samotność

którą przytłacza

      żal



      brzemieniem

brzemieniem które dźwigamy

      jest miłość.



Kto temu zaprzeczy?

      W snach

dotyka

      naszych ciał,

myśli

      przemienia

w cuda

      dręczy

wyobraźnię

      aż się

narodzi

      w człowieku —



wygląda z naszych serc

      płonąc czystością —

brzemię naszego życia

      miłość,



choć jej ciężar dźwigamy

      znużeni,

wytchnienie znajdziemy

      w ramionach miłości

nareszcie

      wytchnienie w ramionach

miłości.



Nie ma wytchnienia

      bez miłości

nie ma snu

      bez marzeń

o miłości —

      szaleniec czy nieszczęśnik

dręczony przez anioły

      i maszyny,

zapragnie w końcu

      miłości

— przeminie gorycz

      i upór

nie wytrwasz długo

      w uporze:



zbyt wielkie jest brzemię

      — które daruje

nie pragnąc w zamian

      jak myśl

jest dana

      w samotności

w przepychu swej

      przesady.



Gorące ciała

      lśnią splecione

w ciemności

      w ruchu rąk

ku wnętrzu

      ciała

drży skóra

      szczęśliwa

i radosna dusza

      pojawia się w oczach —



tak, tak

      tego właśnie

pragnąłem

      zawsze pragnąłem,

zawsze pragnąłem

      powrócić

do ciała

      które mnie zrodziło.



Allen Ginsberg

przekład Grzegorz Musiał

Czuwanie




Te stare lampy, niknące za każdym dniem,

Nie zaznają nigdy ciemnych światów, o które proszą.

Te rany,

Choć karmiliśmy je od lat,

Będą jutro najświeższe ze wszystkich

Słodkich łez. I zagubione nie odnajdzie się.



Ian Hamilton

przekład Piotr Sommer

In memoriam




Zachodzącemu nierad przyglądam się słońcu,

Gdy w szarym popielisku horyzontu kona,

Gorzki zmierzch pozostawia na języka końcu

Cierpki smak — jak wtedy, gdy w płaczu drżą ramiona.



Czuję także niechęć do róż zerwanych woni,

Powplatanych we wieńce lub w bukiet włożonych,

I do zapachu, który pozostawia w dłoni

Fiołek w zacisznym cieniu cyprysów zrodzony.



A jutro się pojawi na wzgórzu zielonym

Jakaś nowa mogiła — na niej nowe imię,

Śmierć wionęła swym tchnieniem na kwiat rozchylony

I burzy ciężar wątłą przełamał roślinę.



Jeśli ciężar twój zwiększa mijająca wiosna

A rychły upływ czasu coraz bardziej dręczy,

To nazbyt wiele ważysz ziemio bezlitosna,

Gdy ciążysz w taki sposób na ciałku dziecięcym.



Henri de Régnier

przekład Jacek Kolbuszewski

Nokturn




                                           John Atkinson Grimshaw, Październikowe złoto



Im częściej myślą dusza w próżnię życia wchodzi,

Widzi, jak sny spadają w nicości głębiny:

Nic bezmiernej tęsknoty smutku nie łagodzi

             I nic nie pociesza stroskanej godziny!



Wiecznie znane już brzegi, niezmienne pejzaże,

Biegi wód zamyślonych, kędy łabędź płynie,

I żadna niespodzianka — wciąż te same twarze

             Nie dające dźwięku nowego godzinie!



I zawsze, z powolnością podobną do słoty

Płaczącej w dni jesienne — gdzie przedmieście sine —

Jakiś młyn powolnymi swych skrzydeł obroty

             Krąży bezustannie i miele godzinę!



Georges Rodenbach

przekład Wincenty Korab Brzozowski

Animula








"Z ręki Boga wychodzi oto na świat dusza",

Na ziemię pełną wrzawy i migotu świateł,

Gdzie jest susza i wilgoć, chłody i żar słońca.

I pomiędzy nogami krzeseł i stolików

Chodzi sobie ta dusza, zrywa się i pada,

Wyciąga dłonie, głodna pieszczot i zabawek,

Śmiało rzuca się naprzód i nagle umyka,

By ukryć się za rękę wspartą na kolanie;

Lecz smutek szybko mija — i znów się raduje,

Że zapłonęło tyle świeczek na choince,

Że wiatr wieje, że słońce świeci, szumi morze;

Firanka na podłogę dziwne cienie rzuca,

Więc trzeba się w nie wpatrzyć, a także w jelenie,

Co bez końca pląsają wokół srebrnej tacy;

Nie rozpoznając jeszcze zdarzeń od urojeń,

Lubi karty z kabały, tych królów, królowe,

Wierzy wróżkom i baśniom szeptanym przez niańki.

A potem, ciężkie brzemię, z dnia na dzień rosnące,

Rani duszę i gmatwa, coraz głębiej, głębiej;

Tak z tygodnia na tydzień coraz ciężej duszy,

Gdy rozróżnia, poznaje realność i złudę,

Konieczność i marzenie, pragnienie i przymus.

Wreszcie ból życia i narkoza snów

Zwijają tę duszyczkę w kłębek na fotelu

Za tomami Wielkiej Encyklopedii.

Z ręki czasu wychodzi oto ludzka dusza,

Lękliwa, samolubna, bezsilna, kulawa;

Już nie umie iść naprzód ani w tył umykać,

Boi się barw gorących, nie ufa dobroci

I krwi krążącej w żyłach; błąka się jak cień

Swego własnego cienia, w swoim własnym mroku,

Aż zostawia w mieszkaniu stos bezładnych kartek;

I żyje po raz pierwszy w ciszy — po wiatyku.



Módl się za Guiterrieza, co mknął w swoim aucie,

Za Boudina rozdartego na strzępy,

Za tego, co zrobił ogromny majątek,

I za tego, co poszedł swoją własną drogą,

I za Floreta, co go rozszarpały psy.

Módl się za nami dziś

I w godzinę naszych narodzin.




przekład Zygmunt Kubiak

[Wchodź, wchodź...]




Wchodź, wchodź, ostatni z tego, co sądzone,

nieuleczalny bólu w tkankę, w ciało:

w duchu spalałem się, a patrz, jak płonę

w tobie; to drewno tak się opierało,

od twego uchylało się płomienia,

dziś sam go żywię, płonę w tobie wściekle.

Moja się cichość w twojej furii zmienia

ziemska w nieziemską furię, spala w piekle.

Czysty, bez celu, od przyszłości wolny,

na stos się wspinam cierpienia bezładny,

za serca ciche zasoby niezdolny

kupić już sobie z przyszłych rzeczy żadnej.

Czy to ja jeszcze, że poznać nie można —

płonący? W siebie nie zagarniam wspomnień.

O, życie, życie: obczyzno. Ten płomień

i ja w płomieniu. Już nikt mnie nie pozna.




przekład Adam Pomorski

[Złowrogi jest wieczorny chłód...]








Złowrogi jest wieczorny chłód,

Ten wiatr, wyjący jakby w trwodze,

I tajemniczy słychać chód,

Jak trwożny tupot nóg na drodze.



Dogasający zorzy pas

Jak przypomnienie bólów życia,

Widomy znak, że zamknął nas

Fatalny krąg, nie do rozbicia.



Lipiec 1902



Aleksander Błok

przekład Jan Lechoń

[Niepokojąco i daremnie...]








Niepokojąco i daremnie

To tu, to tam, wśród nocy, we śnie,

Błyskawic czerwień przetnie ciemnie

Lub w dali dźwięknie coś boleśnie.



Tak wiatr, powiawszy naraz głucho,

Przynosi skądś w dalekim szumie

To, czego nie dosłyszy ucho

I czego rozum nie rozumie.



I tak sieroco, tak sieroco,

Z jednego do drugiego wieku,

Nie pokonany żadną mocą,

Bezdomny, tułasz się, człowieku.



1909



Aleksander Błok

przekład Leonard Podhorski-Okołów

Trzymaj mnie za ręce







Trzymaj mnie za ręce.

Zbyt dużo drogowskazów,

zakrętów, wzniesień.

Trzymaj mnie za ręce.

Kroki rozbiegane między zapomnieniem

a nadzieją.

Nie wystarczy patrzeć.

Tyle zaćmień.

Nawet nić Ariadny

nie wyprowadzi z labiryntu świata.

Trzymaj mnie za ręce.

Zbyt dużo przeciwności,

kruchych godzin,

dróg rozwidlonych.

Trzymaj mnie za ręce

jak ziemia jabłoń,

żeby nie rozdarła się

aż do serca.



Nikos Chadzinikolau

Piosenka




Zostaniesz sam.

Oblany morzem.

Żaden ci brzeg

nie błyśnie bliski.



Na falach oddech

swój położysz

jakbyś kładł dziecko

do kołyski.



I jak przed tobą

innych tylu

których kres morze

w sobie skrywa



zachłyśniesz się

tą jedną chwilą

patrząc jak dziecko

w dal odpływa



Ani mi się śni, 2005


Wojciech Bonowicz

[Pociągi gwiżdżą za lasami...]








Pociągi gwiżdżą za lasami.

Na ścianie cienie... Pod przesłoną

żarówka ćmy ogniście mami



i — jak na stosie wiedźmy — płoną.

Po grząskiej ścieżce zejdź nad rzekę,

wieczornej zorzy głos usłyszysz —

głos nikły — jak się w mgły dalekie

powoli niesie pośród ciszy.



Tam ślady ci ukaże błoto,

snadź gięły w nim kolana swoje

jelenie prosząc niebo o to,

by im nie wyschły wodopoje.



Lśniące w poświacie księżycowej,

na brzegu tkwią i patrzą w wody,

w jakiejś niezrozumiałej mowie

wieczorne odprawiają modły.



W krąg tu i tam ptak jakiś woła.

W szuwarach sinych noc je głuszy.

I smutniejący wiatr dokoła

bezsilnie dmie w fujarkę duszy.



Bułat Okudżawa

przekład Józef Waczków

Aria z kurantem







Smutek taki mnie chwycił, że zda się, aż skomli,

Ani przed kim się żalić, kto wie, kiedy minie,

Gdybyż to było można usiąść przy kominie

I czytać sobie stare wiersze Syrokomli!



I marzyć, jakbyś pocztą wędrował podróżną,

O owych lasach, rzekach, tych dworach, tym zdroju,

I myśleć, że są wszyscy w przyległym pokoju,

Od których ciągle listów wyglądasz na próżno.



Cóż znajdę, jeśli wyjdę takiego wieczoru?

Tu wszyscy przecież obcy i każdy gdzieś śpieszy.

Ach, żadna mnie muzyka dzisiaj nie pocieszy,

Chyba Aria z kurantem ze Strasznego dworu!



Drwię




. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .



Drwię z woli — wolę rozkrusza konieczność;

drwię z czynu — żaden w pełni nie odpowie

zamiarom w mojej powstającym głowie;

drwię z świadomości — we wszystkim jest sprzeczność.



Drwię z prawdy — nazbyt często już skłamała,

każdy ją widzi oczyma innemi;

drwię ze wszystkiego, co jest na tej ziemi,

prócz cierpień ducha i prócz cierpień ciała.



I jedno mam tylko wieczne pragnienie:

Nirwany, w której nic już nie zaboli,

nic nie ucieszy, w której się powoli

przechodzi ze snów cichych w nieistnienie.