Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja włoska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja włoska. Pokaż wszystkie posty

Nuda




Ta noc też minie


Ta samotność wokoło

chwiejny cień tramwajowych drutów

na mokrym asfalcie


Patrzę łby fiakrów

kołyszą się

w pół do snu




Medytacja o śmierci







Canto Primo



O cieni siostro,

W świetle olśniewającym nocą nasycona

Ścigasz mnie, śmierci.



W niepokalanym ogrodzie

Ujawniło cię niewinne pragnienie

I zatracił się spokój

Na twoich ustach,

śmierci zamyślona.



I od tej chwili

W przepływie myśli słyszę ciebie

Jak głębisz nurty oddalenia,

Rywalko wieczności udręczona.



Stuleci matko jadowita

W popłochu zalękłego serca

I samotności,



Piękno skarcone, roześmiane,

W ociężałości ciała

Umykająca marzycielko,



Atletko bezsenna

Wielkości człowieczej,

Kiedy poskromisz mnie już, wyznaj:

W melancholijnych snach żyjących

Czy długo cień mój będzie się unosił?



Canto Secondo



Utajone rzeźbi żywoty

Naszej nieszczęsnej maski

(Klauzura nieskończoności)

Fanatycznym umizgiem

Posępne czuwanie ojców.



Śmierci, słowo ty nieme,

Piachu jak dno rzeki

Przez krew usłane,

Słyszę cię śpiewającą niby cykada

W zmierzchającej się róży.



Canto Terzo



Skrytą sieć zmarszczek wyrzyna

Na naszej masce nieszczęsnej

Nieskończone szyderstwo praojców.



W świetle głębokim, ty

Skłopotane milczenie,

Napastujesz jak furie świerszczy.



Canto Quarto



Obłoki wzięły mnie za rękę.



Na wzgórzu palę czas i przestrzeń,

Jak jeden z twoich posłanników,

Boska śmierci, jak sen.



Canto Quinto



Zamknęłaś oczy.



Zjawia się noc

Obłudnych załomów pełna,

Dźwięków umarłych

Jak pławiki sieci

Zapadłych pod wodami.



Twoje ręce stają się westchnieniem

niedotykalnych oddaleń,

Nienamacalnych jak pojęcia.



Także dwuznaczność księżyca

I kołysanie, przesłodkie,

Jeśli zechcesz je złożyć w mych oczach,

Sięgają duszy.



Jesteś kobietą, która jak liść

Przechodzi



I drzewom zostawiasz jesienny płomień



Canto Sesto



O piękna zdobyczy,

Nocy wymowo,

Pląsy twoje

Rozpłomieniają gorączkę.



Tylko ty, pamięci obłąkana

Schwytać umiałaś wolność.



Na twoim ciele nieuchwytnym

Chwiejącym się na dnie mętnych luster,

Do popełnienia jakich zbrodni, śnie,

Nie przyuczałeś mnie kusząc?



Z wami upiory tracę wszelką miarę,



Za waszą przyczyną

Puchnie mi serce od wyrzutów sumienia

Kiedy już dzień nad nami.



Giuseppe Ungaretti

przekład Zygmunt Ławrynowicz

Złotogłów pustyni







Falowanie skrzydeł dymu

ucina milczenie oczu



W porywach wiatru pęka koral

od głodu pocałunków



Słupieję skoro świt blady



Przelewa się we mnie życie

plątaniną nostalgii



Obecnie lustruję kąty świata

towarzyszące mi dotąd

i węszę za orientacją



Tak już do śmierci na łasce podróży



Postoje snu znam tylko



Słońce wygasza łkanie



Owijam się w ciepły płaszcz

złotogłowiu



Z tego tarasu spustoszenia

na łokciach wsparty wychylam się

ku pięknej pogodzie



Giuseppe Ungaretti

przekład Zygmunt Ławrynowicz

Płynące wody







Chłopcy dziecinnymi łukami

straszą strzyżyki w dziurach.

Gnuśnie pogoda cieknie

leniwa w strumieniu wód,

przerwa, dar gwiazd dla wędrowców

wlokących się w pyle dróg.

Wysokie drżą bzu kiście,

górując nad wzgórzem,

któremu panuje statua Letniej Pory,

bez nosa, okaleczona kamieniami,

obrośnięta potokiem pnączy

i brzękiem trzmieli.

Lecz kalekiej bogini nie widać i wszystko

pochyla się ku flotylli papierowej,

która spływa powoli wzdłuż palisady.

Błyska w powietrzu strzała,

wbija się w pal, drży.

Życie jest tą obfitością

faktów bez znacznia, bardziej

próżne niż okrutne.

Wracają plemiona dzieci z procami,

czy pora roku minęła, czy minuta,

i odkrywają martwe pozory nie zmienione,

choć wszystko już w ruinie

i od gałęzi swych nie zależy teraz

owoc znany.

— Wracają dzieci... Tak pewnego dnia

obrót, który rządzi

naszym życiem, przywiedzie nam przeszłość

daleką, potrzaskaną i żywą, odbitą

na nieruchomych kotarach

przez nieznaną latarnię.

I ciągle jeszcze roztacza się sklepienie

jasnoniebieskie, zmatowiałe

nad rojowiskiem w rowie,

i tylko statua

wie, że czas gna, i coraz obficiej

mai się ognistym bluszczem.

Wszystko się pogrąża, leci w dół,

rowem płynie woda, tak wezbrana,

że marszczą się jej zwierciadła:

roztrzaskują się małe łódeczki

w wirach spienionej toni.

Żegnajcie! — kamień świszcząc roztrąca liście,

zażarty los już w dali znika,

zapada się czas, coraz innym obliczem błyska,

i bardziej okrutne, niż próżne, jest życie.



Eugenio Montale

przekład Zygmunt Kubiak

Słońce i rzeczy




W Rzymie słońce ssie ciemne rzeczy,

rośliny i mury, aby się nacieszyć

ich smakiem, idąc od dołu,

przez zgięcie kolana, między palcami stóp,

a one, rozpalone, powoli się rozpuszczają,

oddają świetliste ciepło, którym zaledwie wczoraj

słońce ugryzło je w usta.



Światło w Rzymie wcześnie wchodzi do twojego domu,

gdy jeszcze śpisz, jak gdyby było

kobietą, która cię zna, w każdym pokoju

coś przestawia, pozwala spaść wazonowi, kluczom,

sukience, a kiedy znów zapada cisza,

w kolorze surowego różu widzisz jej łono,

pachwinę tuż przy wargach swoich oczu.



Vanni Bianconi

przekład Joanna Wajs

Sestyna




Za oknem wznoszenie się i opadanie linii w terenie, liści

jak wielkie łagodne fale na głębinie, cienie

nieporuszone, chmury zieleni, których życie

dogasa w resztkach płomienia, w tym, co jest skończone,

co powoli, rojami, rozsiewa się po terenie.

Nadchodzą miesiące wylewania światła.



Jesień zaczęła się tak jak zawsze, od światła;

sądziłem, że jak ona będę iść wśród liści,

w górę nurtu, za kamieniami, po pochyłym terenie —

jeśli się zatrzymam, znowu zasnują go cienie;

dlatego wszystkie rzeczy były nieskończone,

a ja się nie odwracałem przez dwadzieścia lat życia.



Teraz idę niespiesznie, studiując Quattrocento. Życie

wydaje się w nim wplecione w ideę, a światło

rzeźbi w chmurach, lgnie do boków kopii, kiedy nieskończone

szpalery krzewów, zawisłe w powietrzu lub na podobieństwo liści

rozsypane, nadają rytm pejzażowi, nie rzucając cienia.

Zając skacze po zmiennym, kopia sunie po płaskim terenie.



W te jesienne poranki na całym terenie

ukośne światło mnoży kryjówki i kruche wydaje się życie;

kiedy wierzyłem, że istnieję, byłem cieniem,

rozchwianym, poruszanym pod trwałym promieniem światła;

teraz, kiedy drży światło i spadły nieruchome liście,

wiem, że jestem jak inne cienie: nieskończony.



Jak cień w oku kobiety, która po skończonej

leśnej przechadzce rozglądała się po tym terenie

i z pogodzeniem, z oddaniem przesuwała część liści,

z wolna, jak gdyby mówiąc, że w każdym geście życie

żąda wiedzy o stratach i kosztach: niemal nie ma światła

w tej granicy kryjącej las i jego cienie.



I myślę o ciemności u Paola Uccella bez cieni.

To z niej wytryska róża, bitwa nieskończona;

właśnie z ciemności, która nie jest ołtarzem światła,

lecz błotem, gdyż na doczesnej jesieni terenie

daje wytchnienie ulotnym, lękliwym cieniom życia,

ostrożnie pozwalając zanurzyć się liściom.



Liściom, które z kolei, nie odstępując swych cieni

(dalekich w poprzednim życiu; dziś zbieżność jest nieskończona),

lgną do ziemi w terenie zalewanym przez światło.



Vanni Bianconi

przekład Joanna Wajs