Pokazywanie postów oznaczonych etykietą melancholia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą melancholia. Pokaż wszystkie posty

Zamyślenia





Pamięci mego ojca i mojej matki

II


Melancholia, tęsknota, smutek, zniechęcenie

są treścią mojej duszy... Z skrzydły złamanemi

myśl ma, zamiast powietrza przerzynać bezednie,

włóczy się jak zbarczone żurawie po ziemi.


Cóż, że zrywa się czasem i wzlatuje w górę

z smutnym krzykiem tęsknoty do sfer, kędy słońce,

nie śćmione wyziewami ziemi, jasno gore

i gdzie szumią obłoki z wiatrami lecące?...


Złamane skrzydła lecieć nie zdołają długo,

myśl spada i pierś rani o głazów krawędzie,

i znów wlecze się, znacząc krwi czerwoną strugą

ślady swej ziemskiej drogi — — i tak zawsze będzie.



1894

Poezje II


Bliskość śmierci




O, wieczór, co idzie ku mrocznym wsiom dzieciństwa,

Staw pod wierzbami

Wypełnia się zadżumionym westchnieniem melancholii.


O, las, co cicho opuszcza brunatne oczy,

Gdy z kościstych dłoni samotnego

Opada purpura jego zachwyconych dni.


O, bliskości śmierci: Módlmy się.

Tej nocy rozplotą się na ciepłych poduszkach

Pożółkłe od kadzideł wysmukłe kochanków ciała.



Georg Trakl

przekład Krzysztof Lipiński

Listopadowa ofiara




Jestem niegodny tych pól i bruzd,

       niegodny tego nieba, które swe bezwładne znaki

wpisuje w moją pamięć na nowe tysiąclecie,

       niegodny tych lasów, których nawałnice

wraz z burzami miast wdzierają się w moje starzenie.

       Jestem niegodny tych matek na zboczu i niegodny

chłopów, którzy brną przez swoje dni

       z krowami, gruszami, pijaństwem i kosami.

Jestem niegodny tych gór i wież kościelnych,

       niegodny jednej gwiaździstej nocy

i niegodny ścieżek wszystkich żebraków,

       które kończą się w smutku.

Jestem niegodny tej trawy, która chłodzi moje członki,

       pni drzew, które północ

wpędza w okrutne kalectwo deszczem

       i cieniami młokosów

składających moszczowi listopadową ofiarę

       wśród czarnych wzgórz, co dźwigają moją przemijalność.

Jestem niegodny tych procesji,

       które maj wyprowadza spośród kwitnących jabłoni,

z mleka i miodu, sławy i zgnilizny,

       z dawna mi zapewnionych.

Jestem niegodny wśród księży, rzeźników i handlarzy,

       niegodny przepowiedni tych ogrodów,

niegodny niedzieli, która swój słodki dym wypluwa w błękit.

       Niegodny jestem opuszczonych dziewcząt z czerwonymi plamami

w tym pejzażu, który liczy tysiące lat,

       a jego chleb ma smak głodu i zmarłych,

próżności i zmartwienia matek,

       co nie mogą uciec od swej męki,

męki zapomnianych, których słońce pali na polach.

       Niegodny jestem kosa, niegodny skrzypiącego koła młyńskiego,

niegodnie toczę swoją grę na brzegach rzeki,

       która nie chce słyszeć o wsiach.

Jestem niegodny tych dusz, które w chmurach i w zaroślach

       opowiadają sobie o kwitnącej ziemi,

o muzyce konającego nieba,

       o wielkim opuszczeniu, co przemyka nad wzgórzami,

niecierpliwie wyprzedzając burzowe zimy świata.



Thomas Bernhard

przekład Sława Lisiecka i Zdzisłw Jaskuła

Epilog




Tamte błogosławione struktury, rytm i wątek —

dlaczego nie są mi pomocne teraz,

kiedy chcę zrobić

coś z wyobraźni, nie pamięci?

Słyszę skrzek własnego głosu:

Wizja malarza to nie soczewka,

drży cała, by ogarnąć światło.

Lecz czasem wszystko, co piszę,

jest jakby zdjęciem migawkowym,

upiornym, pospiesznym, przeładowanym, pociętym,

wybitym z życia,

a jednak obezwładnionym przez fakty.

Wszystko jest mezaliansem.

Ale dlaczego nie powiedzieć, co zaszło?

Prośmy o łaskę precyzji,

jaką Vermeer dał iluminacji słońca,

co jak przepływ przekrada się przez mapę

do jego wypełnionej tęsknotą dziewczyny.

Jesteśmy biednymi przelotnymi faktami,

i właśnie to nas upomina,

by każdej postaci na zdjęciu

dać jej żywe imię.



Robert Lowell

przekład Piotr Sommer

Wpatruj się co wieczora...




Wpatruj się co wieczora we słońce zachodnie:

Nic nie powiększa oczu i duszy — i nie ma

Chwili, — jako ta chwila potężna i niema,

Kiedy dzień w piersi morza gasi swą pochodnię.



Podobny gdzieś w nadbrzeżnych skał ukrytym lochu

Gorzkiej muszli, co wiecznie szlochem fali dyszy,

Poeto, labiryncie ciemny, ukój w ciszy

Serce me krwawe, pełne słonych łez i szlochu.



Obróć wdal widnokręgu znojną skroń i usta

Otwarte, a źrenica twa sucha niech bieży

Od zachodniego słońca tragicznej rubieży

Na wschód, kędy fioletu mgieł zawisła chusta!



I mierząc dal, waż w sercu te wysokie losy,

Których jaskrawe blaski ślepiły w zenicie,

I które wzwyż się dumnie wspinały w niebiosy,

A pochyliły w ciemny grób — jak wszelkie życie.



Ludzkość w próżnej goryczy starzeje bez wiary;

Myśl o bóstwach, co wieczne być śniły nadzieją:

Ich kadzielnice rdzawe mgłą dziś jeno wieją,

A ołtarze haftuje srebrem pająk szary.



Myśl o narodach padłych. Były wielkie. Twoja

Rasa lazurem chwały swe lilje poiła,

Lecz króle podłe dały, gdy z nich spadła zbroja,

Że w zbrukanych sztandarach brat brata zabijał.



Czerw z dojrzałych owoców toczy marmur łona;

Myśl o kochankach, których sny były tak dumne:

Kiedy na drzewie ryli wspólne swe imiona,

Znacząc pod korą wieko na swą własną trumnę.



Jękliwym dźwiękiem rogu pasterz z bliskiej wioski

Zwołuje z łąk skoszonych trzodę zabłąkaną,

Ty, wobec wielkiej słońca zachodniego troski,

Myśl o tych słońcach, które więcej nie powstaną.



I podczas gdy surowa noc w niebieskiej dali

Wbija w całun przeszłego dnia swój szereg złoty

Gwiazd, stokroć okrutniejszych od ćwieków z Golgoty,

Ty, — zdala skał zgładzonych wieczną pracą fali,



Zdala swarliwych wiatrów i grzmiącego morza, 

Unieś, — idący smutnie w swoich dróg zawiłość,

Kędy cel kij pielgrzymi znaczy śród rozdroża, 

Ciszę serca, które ci nawiedziła — miłość.




Charles Guérin

przekład Bronisława Ostrowska

Depresja




Patrzę na zdjęcie matki na ścianie

i nawet ukochane kiedyś

jej spojrzenie jest teraz takie suche,

suchsze od żwiru. I co gorsza

tak samo obojętne jak moje,

moje spojrzenie, utkwione w jej oczach.



János Pilinszky

przekład Jerzy Snopek

Romanca o księżycowej pełni




                                                       Rembrandt, Hiszpańscy Cyganie



Pełnia do kuźni weszła

w mantyli z tuberoz śnieżnych.

Chłopiec w nią patrzy i patrzy.

Chłopiec zapatrzył się w księżyc.

W powietrzu drgającym pełnia

porusza rękami swymi.

Odsłania, czysta i lubieżna,

piersi swoje z twardej cyny.

Uciekaj, księżycu, księżycu.

Gdyby Cyganie nadeszli,

zrobiliby z serca twego

wisiorki i pierścioneczki.

Chłopcze, dajże mi zatańczyć.

Kiedy nadejdą Cyganie,

odnajdą cię na kowadle

z zamkniętymi oczętami.

Uciekaj, księżycu, księżycu.

Już słyszę tętent ich koni.

Dziecino, zostaw mnie, nie depcz

mej bieli nakrochmalonej.



Jeździec się wciąż przybliża,

grając na bębnie równiny.

W kuźni dzieciątko leży

z oczami zamkniętymi.

Wędrują przez gaj oliwny

z brązu i ze snu — Cyganie.

Z głowami podniesionymi

i z przymkniętymi oczami.

Jakże zahukał puszczyk,

ach, jak zahukał w sadzie!

Niebem odchodzi pełnia

i dziecko za rączkę prowadzi.

W kuźni szlochają i płaczą,

w rozpaczy krzyczą Cyganie

Wiatr przy nich czuwa i czuwa.

Wiatr czuwa tam bezustannie.



Zjawa







Księżyc smutniał. Rój łzawych serafinów cichy

Śniąc, z smykiem w dłoni, w kwiatów ukojne kielichy —

Dymiące mgłą — snuł mrące, wiolinowe tony

Białych łkań, poprzez płatków błękitne korony...

Było święto pierwszego twego pocałunku.

A myśl, ma dręczycielka, w balsamicznym trunku

Smutków pławiła serce na sen tajemniczy:

Aby nawet bez żalu, bez łez, bez goryczy

Ostawiło zerwany sen — że go zerwało.

Błądziłem więc, wpatrzony w ulicę zszarzałą,

Gdy nagle — z słońcem w włosach, przed ulicą ciemną

W tym wieczorze zjawiłaś się nagle przede mną.

I zdało mi się, że to wróżka, w rondzie światła,

Która, gdym jeszcze dzieckiem był pieszczonym — na tła

Mych pięknych snów z rąk swoich w pąk się stulających

Siała śnieżne bukiety białych gwiazd pachnących...



Stéphane Mallarmé

przekład Bronisława Ostrowska

Opowiadanie o cyjanku




Prosił, aby kupiła mu cyjanku. W tych czasach

Ów biały proszek śmierci nabrał ceny — niemal

Ocalenia. Poprosił tak, jak w innych czasach

Prosił o kupno proszku przeciwko migrenie,

Lecz ona, drżąca, by go nie zażył za wcześnie,

Odmówiła; tą pełną miłości odmową

Ocaliła mu życie, ale sobie samej

Kupiła zgubę, bowiem ocalony przez nią

Nie ocalił jej w sobie, odszedł i zostawił

W samotności jak cyjanek białej, jak śnieg zimnej.