Berta Soucaret







Kiedy Berta Soucaret,

nikomu nieznana Kreolka z Gwadelupy,

miała osiemnaście lat,

obrano ją królową piękności.



Była to pierwsza królowa na świecie

i wszystkie kobiety

natychmiast przejrzały się w lustrze.



Działo się to w Spa w Belgii,

mieście z kropel, kwiatów i pieśni,

18 września 1888 roku.

Na zakurzonej pozytywce,

którą wyszperałem na strychu,

znalazłem wypisaną złotymi cyframi

tę samą datę.

Pozytywka grała jedną z pieśni miłosnych

Franciszka Schuberta.



Upłynęło już wiele lat

od jej koronacji

i dawno już nie żyła,

kiedy zakochałem się w jej cieniu,

który spotykałem czasem w młodości.

I od tej chwili szukałem jej piękna

w twarzach dziewcząt,

którym biegłem naprzeciw.



Bo czy każda kobieta,

przynajmniej czasem, przynajmniej na chwilę,

przynajmniej dla jednych oczu,

nie może być

tą najpiękniejszą na świecie?



Palce błądzą po firmamencie skóry

jak gwiazdy po niebie,

aż całe ciało rozbłyśnie

płomieniem, co płonie w środku.

Usta piją z ust,

ale pragnienie wciąż rośnie

i głód rozkoszy prowadzi oboje

na starodawny obrzęd.



Cóż piękniejszego może dać życie

niż miłość?

Uwieńczona zielonymi gałązkami

swojej ziemskości

ma najbliżej do nieba

i tylko ona daje nam zobaczyć,

jacy bylibyśmy szczęśliwi,

gdyby istniało.



Potem kobieta ściera wszystkie pocałunki

z płonącej twarzy

i sięga obiema rękami

do rozwichrzonych włosów,

żeby zatrzymać jeszcze na chwilę

ulotny blask swej korony.



A po latach

przychodzi ta, przychodzi inna.

W kwiaciastych sukienkach wspomnień

szepczą słowa tak ciche,

że ich prawie nie słyszę.

Lecz po chwili znowu znikają,

jedna po drugiej,

i w tej nocnej ciemności

znowu muszę je grzebać,

znów przywalać ciemnością, z której przyszły,

a ta jest jeszcze czarniejsza!

Już bez płaczu, już bez pochodni

i być może na zawsze.



Przyszła także Berta Soucaret,

młodziutka Kreolka z Gwadelupy,

gdzie pachnie wanilia.

Była chyba najpiękniejsza ze wszystkich.

To możliwe. Już nie wiem.



— Niech pani nie odchodzi tak szybko,

niech mi pani uwierzy,

musiałem się wtedy rzucić

pani pięknu do kolan

i już tylko we śnie całować

jego nogi,

chociaż pani od dawna nie żyła.



— Kiedy sobie panią przypomnę,

jeszcze dzisiaj

słyszę swoje stare serce.



— A wspomnienia, które nie były piękne,

i te, w których nie ma miłości,

porzucę, niech leżą przy drodze,

zostawię je na pastwę kondorów.



Jaroslav Seifert

przekład Leszek Engelking

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz