Pokazywanie postów oznaczonych etykietą osamotnienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą osamotnienie. Pokaż wszystkie posty

Litwa


Mnie do niewoli wziął smutek, co nad mrocznymi polami

Na rozrzuconych w przestrzeni samotnych drzewach spoczywa.

Zsiniałe, posępne niebo spoziera w dół zapłakane

Przez mgły białawe, jedwabne — w nich boleść i żałość tkliwa.


Zmierzchy różowe i ciche mrą niby dzieci samotne,

Spokojna noc w chorobliwie pobladłej poświacie tonie.

Świty się budzą jak uśmiech na ustach konającego;

Jakby wstydziły się siebie, dni wypływają w welonie.


Wąskie rzeczułki błądzące pośród wierzb naburmuszonych,

Łąki, na których się dzieje kwiatów ubogich kwitnienie,

Małe brzozowe zagaje na bezgranicznych rozłogach 

W przepaściach uczuć posępnych jedyne jasne marzenie.


Urzekł mnie kraj, do którego burze nie mają dostępu,

Kraj, gdzie wietrzyki się kłębią, mgła słońce spowija biała,

Kraj, który tęskni do żałości i czeka w ciągłym zwątpieniu,

Kraj, gdzie się moja stęskniona pieśń w zamyśleniu tkała.


Dawid Ejnhorn

przekład Leopold Lewin

Śpiewak niedoli




Och, biedny ty śpiewaku głupi,

Czy zapomniałeś, komu śpiewasz,

Czy bogacz jaki pieśń twą kupi,

Gdzie łazisz szukać echa?



Przecież to syci, dla nich forsa,

A nie żrącej pieśni słowa.

Śpiewasz, nie dadzą nawet grosza,

Bo to zła pieśń, pieśń głodowa.



A jeśli szczerych szukasz znawców

I chcesz zarobić przy tym trochę,

Idź między psiarzy, między hyclów,

W biednych podwórkach szlochaj.



I śpiewaj im pieśń samotności,

I smutną ich nędzy piosenkę,

Gdzie wieczorami zbierają kości

Z aniołem śmierci pod rękę.



O dzieciach kalekich, bladych,

Hodowanych na piersi wyschniętej,

Co nim zakwitną, już więdną,

Jeszcze nim śmiercią dotknięte.



O, smętne pieśni im śpiewaj —

Bóg je dla nich przeznaczył.

Będą cię w pieśni zagrzewać

Wysokim krzykiem rozpaczy.



Kraków, 24 października 1940




Samotność




Samotnym być... Nie ma tortury straszniejszej!

Tysiąc znasz twarzy, a przecie

Ciężar kamieniem ci leży na piersi —

Sam jesteś, sam na tym świecie!



Gdzie spojrzeć, na wszystko łez kładzie się brzemię,

Duch wolny — zakuty w kajdany.

Stoisz samotny, wzrok wbity masz w ziemię —

Obcy, niepożądany.



Nikogo, co chciałby wysłuchać cię, nie ma,

Gdy złoto ciąży nad wszystkim.

Nie znajdzie się nikt, co odwagę podtrzyma

Gorącym dłoni uściskiem.



Choć duch twój się wzbija pod niebios sklepienia,

Sztorm ciało do ziemi przytłacza.

I tak jak przestępca przez kraty więzienia

Na świat ten spoglądasz w rozpaczy.



Sam jesteś w swej drodze wśród cierni i nieraz

O ostre głazy się potkniesz.

Gorączka wolności cię trawi i zżera,

Walczysz i padasz samotnie.




przekład Zygmunt Braude

Uciekać?...




Uciekać? Nie mogę i nie chcę uciekać.

A żyć tu, pozostać? Nie starczy mi sił.

Tu każde podwórze czerń śmierci powleka,

A jeszcze na szybach blask światła się tli.


Zniszczeniem tu, pustką i wiatrem zawyło,

Czas zastygł i ciszy rozpostarł się cień.

Przechodzę i czuję: ktoś śledzi mnie z tyłu 

Obejrzę się — pusto, to tylko był sen.



Idę powoli, a biec chciałbym przecież.

Krok każdy wśród mroku odmierza mój lęk.

Tak dalej nie mogę! Niech świta na świecie.

Niech świta, niech świta już! — Słyszę swój jęk.




Izi Charik

przekład Henryk Hubert

Cóż pomoże




Cóż pomoże, gdy prawdę przed sobą ukryję,

Udając, że bez ciebie żyję w bezżałobie?

Toć idzie mi naprzeciw cały smutek ciężki

I wszystkie moje słowa prowadzą ku tobie.



Już tyle lat służyłam losowi cudzemu,

Już tyle razy szczęścia własnego się zrzekłam,

A oto bierze w jasyr mnie nowa niewola,

Przemoc twego spojrzenia mnie samotną czeka.



Kogo prosić o litość, kogo o opiekę,

Gdy moja krew oddała tobie mnie płomiennie?

Chyba otworzyć żyły sobie, żeby patrzeć,

Jak z każdą kroplą życia ty wyciekasz ze mnie.



Rachela Korn

Włodzimierz Słobodnik

O płonnej godzinie




Sam jestem.

Ogromnie.

Łza spływa z oka.

Niech spływa po mnie.

Stara cerata na moim stole.

Pieśń jakąś strugam w gnuśnym mozole,

ja — wątła, marna postać bez chwały.

Ja, nędzny, mały.

I jestem jeden, sam na świecie całym.



Árpád Tóth

przekład Bohdan Zadura

Pod portret




Stygnie słoneczny blask w graficie zmierzchu.

Swoimi bezkresami i głębiami

milczące niebo świeci w moją twarz.

W nic już nie wierzę. Jestem stary.



Stary jestem, na mej zniszczonej twarzy

przerażających wód pustkowie.

Pył granitowy zmroku. Tylko

welon porów brutalnie koronkowy.



Bicie fal. A później miękkiej nocy

nieszczęsny szum. Jak ślepy owad

miotam się w ciasnym pudle świata

nad moją głową ciemniejącym.



Samotność czyha w łóżku mym bezdennym,

nie wyjdę nigdy z jej długiego cienia.

Wieczna samotność chlebem mym powszednim.

Jak woda. Jak ojczysta ziemia.



János Pilinszky

przekład Jerzy Snopek

Piosenka




Brzemieniem świata

      jest miłość

Którą przytłacza

      samotność

którą przytłacza

      żal



      brzemieniem

brzemieniem które dźwigamy

      jest miłość.



Kto temu zaprzeczy?

      W snach

dotyka

      naszych ciał,

myśli

      przemienia

w cuda

      dręczy

wyobraźnię

      aż się

narodzi

      w człowieku —



wygląda z naszych serc

      płonąc czystością —

brzemię naszego życia

      miłość,



choć jej ciężar dźwigamy

      znużeni,

wytchnienie znajdziemy

      w ramionach miłości

nareszcie

      wytchnienie w ramionach

miłości.



Nie ma wytchnienia

      bez miłości

nie ma snu

      bez marzeń

o miłości —

      szaleniec czy nieszczęśnik

dręczony przez anioły

      i maszyny,

zapragnie w końcu

      miłości

— przeminie gorycz

      i upór

nie wytrwasz długo

      w uporze:



zbyt wielkie jest brzemię

      — które daruje

nie pragnąc w zamian

      jak myśl

jest dana

      w samotności

w przepychu swej

      przesady.



Gorące ciała

      lśnią splecione

w ciemności

      w ruchu rąk

ku wnętrzu

      ciała

drży skóra

      szczęśliwa

i radosna dusza

      pojawia się w oczach —



tak, tak

      tego właśnie

pragnąłem

      zawsze pragnąłem,

zawsze pragnąłem

      powrócić

do ciała

      które mnie zrodziło.



Allen Ginsberg

przekład Grzegorz Musiał

Róża




W miękko okrytym kirem sercu

Tej białej róży, cierpliwe oko,

Oko miłości,

Kim jestem wie, i gdzie bywałem

Dzisiejszej nocy, i co chciałem zrobić.



Przyglądam się tej białej róży

Godzinami, wyobrażając sobie

Że każde drgnienie każdego płatka jest jak oddech

Co koi i ucisza.

Spójrz na nią, rzekłbym

Gdybyś tutaj była: jest znakiem

Tego, co nietrwałe, samotne

I oddane.

Ale cię nie ma, więc powiem, że to mądre:

Cierpliwy oddech, oko, róża

która otwiera się zbyt łatwo, i umiera.



Ian Hamilton

przekład Piotr Sommer

Udają, że nie śpią




Poczekalnie pełne przedziwnych postaci

Które udają, że nie śpią.

Twoje oczy otwarte

Ale jesteś daleko,

W domu, am Rhein, z matką i kotami.

Twoje włosy muskają mój przegub.

Zaskakuje cię moja zimna ręka.



Bagażowi ziewają w otwory automatów

I patrzą z zadowoleniem; wiedzą, że przegrałem.

Ostatni pociąg

Krztusi się na peronie, w górze

Kwiaty pary pośród krokwi dworca.

Miękkie płaty sadzy zaczynają osiadać

Na twych rozwartych nagle dłoniach.

Twoje usta są suche, niespokojne, odjeżdżają do domu.



Pluszowe zasłony,

Zmarły ojciec, droga do wsi,

Twoje ręce zaciskają się na gęstym futrze

Perskie koty twej matki, twoje sny

Mkną teraz przez Belgię, pełne twej podróży.



Ian Hamilton

przekład Piotr Sommer

Stare kobiety







niedzielne popołudnia smutne

smutkiem starych niewiast

człapiących wciąż ku oknom

starą drogą wydeptaną w dywanie

starą drogą

między stołem a łóżkiem

między lustrem a fotografiami

między krzesłem a sztuczną palmą



potem oparte o okienną ramę

wpatrują się w ulice

i stąd ta beznadziejność

niedzielnych popołudni



oczy starych kobiet

wypłakane i trwożne

i tęskne i łagodne

wy już w nicość wpatrzone oczy



orzeszki puste

ołtarze bez ofiar

przedsionki ciemności

takty dawnych melodii

studzienki zasypane

niebiosa zachmurzone

noce bez świtów

drzwiczki zatrzaśnięte

chrzcielnice wyschłe

wody bez odbicia



wy starych kobiet oczy

dla was świat nic nie znaczy

i piękność nic nie znaczy

i szpetność nic nie znaczy

wy starych kobiet oczy

nie śledzące już godzin

ani dni przemijania

wy starych kobiet oczy



----------



stare niewiasty ku śmierci idą utykając

a tych kilka przystanków

na starej wydeptanej drodze

to tylko pyłek na makatce

to tylko zmięty róg podszewki

to tylko spadła okruszyna

nic innego przystanki te nie znaczą



ręce starych kobiet

bardziej żółte niż mogilny ił

rozwarte puste

wy spracowane wyniszczone ręce



żagielki styksu

bliźniaczki modlitwy

berła przetrącone

gniazda kurczów

drżączki osamotnienia

grządki żył

orędowniczki zamilkłe

chorągiewki obwisłe

adiutanci zwolnieni

rozrzutnice zbiedniałe

ciężarki bezsenności



wy starych kobiet ręce

kartki rozszeleszczone

odwraca was oczekiwanie świtu

odwraca was cierpienie

odwraca was modlitwa

wy starych kobiet ręce

tak już odwykłe

od męskiej szyi

od włosów dzieci

wy starych kobiet ręce

silne tylko na tyle

by utrzymać chusteczkę przy ocieraniu łzy

by utrzymać obrazek w trumnie

by utrzymać krzyż kiedy zamkną się oczy

wy starych kobiet ręce



----------



stare niewiasty w zakątku swym

zgarbione przez świat zapomniane

stare niewiasty których dzieci odeszły albo zmarły

stare niewiasty nie oczekujące już skrzypnięcia drzwi

płaczące tylko z wyczerpania oczu



włosy starych kobiet

w kosmykach wstydliwych

woniejące szarością

wy starych kobiet włosy



rzadki dymie gasnących już głów

szyszaku popękany

popiele po zniczach

frędzle chorągwi

srebro nietopliwe

całunie rozpostarty

wiano śmierci

smutki grzebieni

koronki zetlałe

biały śmiertelności wstydzie



wy starych kobiet włosy

nie szeleszczące już przy głaskaniu

nikt już w nie głowy nie wtuli

nikt w ich roztopach nie zanurzy warg

nikomu nie są dla nagości szatą

w nikim nie zdolne wzbudzić pożądania

wy starych kobiet włosy

wiatr ich nie splącze

miłość nie rozplecie

tylko wątły smyczek byłby z nich

dla melodii pogrzebnej

wy starych kobiet włosy



----------



stare niewiasty pełne mroku i odejścia

ręce na krzyż na łonie dwa martwe przedmioty

na łonie dawnym pałacu życia

o domie życia domie rozpadły

dach kolan się załamał tam dziś tylko sieroctwo

moje stare kobiety drzemiące wśród świata



łona starych kobiet

przystanie dziecięcych skarg i łez

uciszenie męskich westchnień

wy starych kobiet łona



kołyski próżne

pielesze wychłódłe

grobowce miłosnych chwil

czary odczarowane

schowki żałosnych kości

skrytki zapomnianych ruchów

namioty wywrócone

spaleniska rozwiane

przytułki różańca

opuszczone zaplecza przyszłości



wy starych kobiet łona

niczyjej głowy ciężar im nie ulży

sterty zmartwień tutaj się piętrzą

rozkosz unicestwiona przez czas

tylko zagłady dłoń tu ziarno sieje

wy starych kobiet łona



ciężar miłości dla was już za wielki

umierający nie mógłby tu skonać

a niemowlę by się rozpłakało

wyczuwając kościotrupa chłód

wy starych kobiet łona

podwójnego szczęścia nóg nie spinające

wyziębłe świetne ongiś gniazda życia

wy starych kobiet łona



----------



martwe niedzielne popołudnia

smutne twarzami starych kobiet

nic się już odbić w nich nie może

oprócz jęków oprócz choroby

nie ma wspomnień nie ma marzeń

nie ma pragnień ani nadziei

tylko starość tylko czerw jeszcze śpiący



wy starych kobiet twarze

z zasłoną przeszłości tak ciężko zwisającą

że tylko skórę odgarnąć a już śmierć

wy starych kobiet twarze



osiki bezlistne

monstrancje nie wznoszone

mozaiki utrapień

delty łez

maski przekrzywione

uśmiechów cmentarzyska

heraldyko niejasna

pomarszczone jabłka uświadomienia

plastry wybrane

rejestry nietrwałości



wy starych kobiet twarze

cień dawnych dotknięć ściemnił je

cień pocałunków minionych

kres oddania wyznacza zwietrzała sól łez

wy starych kobiet twarze



----------



te oczy starych kobiet

te ręce starych kobiet

te włosy starych kobiet

te łona starych kobiet

te twarze starych kobiet



o smutne popołudnia niedzielne

na krzyżu starych kobiet



František Halas

przekład Adam Włodek

Nie opuszczaj mnie








Nie opuszczaj mnie,

Każda moja łza

Szepce, że co złe

Się zapomnieć da,

Zapomnijmy ten

Utracony czas,

Co oddalał nas,

Co zabijał nas

I pytania złe,

I natrętne tak —

Jak? — dlaczego? — jak?

Zapomnijmy je,

Nie opuszczaj mnie,

Nie opuszczaj mnie,

Nie opuszczaj mnie,

Nie opuszczaj mnie.



Ja deszczowym dniem

Ci przyniosę z ziem,

Gdzie nie pada deszcz,

Pełen deszczu sznur,

Jeśli umrę, z chmur

Spłynie do twych rąk

Światła złoty krąg

I to będę ja,

W świecie ziemskich spraw

Miłowanie twe

Będzie pierwszym z praw,

Królem staniesz się,

A królową ja,

Nie opuszczaj mnie,

Nie opuszczaj mnie,

Nie opuszczaj mnie,

Nie opuszczaj mnie.



Nie opuszczaj mnie.

Ja wymyślę ci

Słowa, których sens

Pojmiesz tylko ty,

Z nich ułożę baśń

Jak się serca dwa

Pokochały na

Przekór ludziom złym,

Z nich ułożę baśń

O królewnie, co

Zmarła z żalu, bo

Nie poznała cię,

Nie opuszczaj mnie,

Nie opuszczaj mnie,

Nie opuszczaj mnie,

Nie opuszczaj mnie.



Przecież zdarza się,

Że największy żar

Ciska wulkan, co

Niby dawno zmarł,

Pól spalonych skraj

Więcej zrodzi zbóż,

Niż zielony maj

W czas wiosennych zórz,

Gdy księżyca cierń

Lśni na nieba tle

I z czerwienią czerń

Nie chcą rozstać się,

Nie opuszczaj mnie,

Nie opuszczaj mnie,

Nie opuszczaj mnie,

Nie opuszczaj mnie.



Już nie będzie łez,

Już nie będzie słów,

Dobrze jest jak jest,

Tylko taki kąt,

Mały kąt mi wskaż,

Gdzie twój słychać śmiech,

Widać twoją twarz,

Chcę, gdy słońca krąg

Wzejdzie - być co dnia

Cieniem twoich rąk,

Cieniem twego psa,

Nie opuszczaj mnie,

Nie opuszczaj mnie,



Nie opuszczaj mnie,



Nie opuszczaj mnie...



Jacques Brel

przekład Wojciech Młynarski

Samotność




Samotność jest jak deszcz. Gdy zbraknie słońca,

paruje z morza, wieczór witająca,

z płaszczyzn rozległych opar swój wytrąca

i w niebie wiecznie samotnym osiada.

Z nieba dopiero na miasto opada.



W dwuznacznej porze nagle padać zacznie.

Uliczki w ranek skręcają nieznacznie,

ciała zaś, które nic w sobie nie widzą,

rozczarowane, siebie się zawstydzą;

a ludzie, co się wzajem nienawidzą,

spać muszą razem — jeszcze bardziej sami:



samotność wtedy spływa potokami.




przekład Adam Pomorski

Powiedziane zmarłej




Jest południe sam na zawsze sam na ziemi

W trwaniu miasta w mechanizmie życia

Odtwarzam każdą sekundę

W czasie który nie mija



Południe przeciw mojej samotności

Opieram się o nie

Opieram o niebo otwarte i zamknięte

O pustynię i miasto



Południe a my wchodzimy w kamieniołomy nieskończoności

Ty rozścielasz w mym ciele swój cień i swoje światło

Jak oliwę której dna nie widać jak alkohol zwięzłe

Na tobie nie drgnie i kompas najczulszy



I przygoda życia i przygoda śmierci

Są w południe przygwożdżone do mnie gdy wszystko przemija

Przygoda z pomyłki i opróżniam sam siebie

Jak dziecko które umiera w chwili narodzin.



Paul Éluard

przekład Zbigniew Stolarek

[Niepokojąco i daremnie...]








Niepokojąco i daremnie

To tu, to tam, wśród nocy, we śnie,

Błyskawic czerwień przetnie ciemnie

Lub w dali dźwięknie coś boleśnie.



Tak wiatr, powiawszy naraz głucho,

Przynosi skądś w dalekim szumie

To, czego nie dosłyszy ucho

I czego rozum nie rozumie.



I tak sieroco, tak sieroco,

Z jednego do drugiego wieku,

Nie pokonany żadną mocą,

Bezdomny, tułasz się, człowieku.



1909



Aleksander Błok

przekład Leonard Podhorski-Okołów

Piosenka




Zostaniesz sam.

Oblany morzem.

Żaden ci brzeg

nie błyśnie bliski.



Na falach oddech

swój położysz

jakbyś kładł dziecko

do kołyski.



I jak przed tobą

innych tylu

których kres morze

w sobie skrywa



zachłyśniesz się

tą jedną chwilą

patrząc jak dziecko

w dal odpływa



Ani mi się śni, 2005


Wojciech Bonowicz

Dom z czerwonej cegły




Były w domu rzeczy święte: fotografia przecięta

czarną wstęgą żalu, nadtopiona świeca w lichtarzu

z pożegnalnego wieczoru, telefon zawieszony na ścianie

w pół słowa. Nic więcej, może tylko samotność,

której schronienie jest przekleństwem.



Dokądkolwiek pójdziemy, ona pójdzie z nami

wskazując wyjście z niewoli: przepaść dla wszystkich

tę samą. Dom równie śmiertelny jak my. Dzikie zwierzęta

bez gniewu rzucające się na swoje ofiary.



Kraków, 1989

Cudzoziemszczyzna, 1995



Marzena Broda

[Któregoś dnia.....]




Któregoś dnia gaśnie nam słońce

gaśnie wszystko Przedmioty powietrze i twarze

pytamy co to za kula jarzy się w przestrzeni

tak śmiertelnie dająca cień



jest czasem taki dzień i nic na to poradzić nie można

i wytłumaczyć ci tego nie potrafię

bezradność nie ma słów

wtedy po omacku szukam twojej twarzy

poznaję znajome rysy

i ulga nie przychodzi

przychodzi rozpacz

że tyle samotności jest w każdym z nas



któregoś dnia gaśnie nam słońce

i wtedy widzimy już jasno

że już musi tak być coraz częściej i zawsze

że nie było tego czego nie było

że nie będzie tego czego nie będzie

i w przeżartym przez cień czasie

siedzę w ciszy w porażeniu I tylko dlatego oczekuję na ulgę

że mówisz że nią jestem dla ciebie