Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stwórca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stwórca. Pokaż wszystkie posty

W mieście rzezi (fragmenty)




...Więc idź!  Lecz pierwej w miejsce serca włóż


zimny, nieczuły — bo z metalu — nóż.


Pójdziesz do miasta mordu, by rękami


własnymi dotknąć nie ostygłych ran,


by z pustki murów i rozwartych bram


krzyk "gwałtu!" runął pod nogi jak kamień,


byś nachylając się nad nim rozpoznał


krwią braci twoich pomazany bruk,


mózgi wdeptane w błoto, kał i brud,


by rozbrzmiewała ruin mowa groźna...


Kroku zaś nie przyśpieszaj. I nie omiń


niczego.  Policz dokładnie — tak trzeba —


każdy wygasły piec i każdy komin


jak czarna ręka wzniesiona do nieba.


Wdrap się na strychy. Przez dachy dziurawe


ujrzysz niemego firmamentu skrawek,


pod którym gody odprawiano krwawe,


do tańca topór, sznur i ogień grał.





A dołem — rzeka wezbranego pierza,


to  w nią się zapadł wątły ludzki raj


ze swym dobytkiem, nadzieją, mozołem,


w jej białym nurcie zapłonęły społem


życia strzaskane jak gliniane garnki


pod ciosem nienawiści i pogardy!




...Uciekasz? W stronę pogodniejszą zmierzasz?


Lecz  niebo cofnie się  przed tobą z drwiną,


słońce ci w oczy wbije ostre miecze,


akacje białe, ledwie się rozwiną,


kwieciem ci sypną w twarz czy suchym śmieciem,


aromat ciężki zatruje powietrze —


krwi czy kwitnienia? I tysiącem błysków


zatańczą tobie na pobojowisku


okruchy szkła. Gdyż  złączyć się w parę miłośnie


Bóg kazał rzezi i wiośnie.




Ogród rozkwitał, słońce świeciło —


rzeźnik uwijał się aż miło.


Nóż jego błyszczał — i ciekło ciurkiem


złoto z posoką...


Znów czmychnąć pragniesz? Popatrz: nad podwórkiem


wznosi się kupa gnoju — to tu dwu istotom


jedną siekierą odrąbano głowy:


Żydowi i jego kundlowi...


A dziś przydreptał tu łakomy wieprz,


rył, chrząkał, chłeptał ową krew zmieszaną.


A jutro znowu spadnie świeży deszcz,


wszystko do ścieku spłucze... Zresztą samo


ściekło już może wszystko, wsiąkło w glebę


głuchą — i krąży coraz głębiej, głębiej,


aż sokiem wróci do chwastów pod płotem...


A jutro znowu wzejdzie słońce złote,


jak zawsze, zgodnie z odwiecznym obrotem,


od wschodu wzejdzie, jakby nigdy nic,


jak zawsze, obojętnie, będzie lśnić...




Lecz nuże, dalej w drogę! Teraz niżej,


w piwniczną ciemność  wdrąż się, w czarną ziemię,


gdzie łoża gwałtu, stęchłe, mroczne nisze —


zejdź tam i zobacz, i podźwignij brzemię,


jak podźwignęła je niewinność lilii,


kiedy w dziewięciu na nią się zwalili.


Na oczach matki brali córkę drżącą,


na oczach córki — matkę... Z dziką żądzą,


przez krew, którą przelali, podsycaną,


tu bezcześcili je... Spójrz, pod tą ścianą —


zmięte poduszki, na nich plamy krwawe


i inne... Tutaj motłoch miał zabawę...


Gdybyś był przy tym... O, szczęście, żeś nie był...


Spójrz, w tamtym kącie, pod beczką, pod skrzynią,


ukryci, kuląc się, wstrzymując dech,


ojcowie, bracia, mężowie — do nieba


zwracali prośby: "Panie, uczyń, niech


mnie nie dostrzegą, oszczędzą, ominą..."


A na odległość wyciągniętej ręki


trwało miotanie się ciał, skrupulatnie


młóconych przez szubrawców... Ból i jęki,


i wstręt duszący, i spazmy ostatnie...




Oni widzieli to, oni słyszeli,


oczu nie wyłupili sobie, nie zatknęli


uszu, o mury głów nie roztrzaskali,


nie zmarli z bólu i nie zwariowali..


A skoro jakaś nieszczęsna po wszystkim


ducha nie wyzionęła — i do życia


wrócić się ośmieliła, by nieczystym


istnieniem Boga obrażać i ludzi —


on, jej małżonek, wylazłszy z ukrycia,


w podzięce czołem bił przed Wiekuistym,


po czym rabina roztrząsaniem nudził,


czy dalej godzi się żyć ze zbrukaną...


Lecz naprzód! Teraz przed oczyma staną


wszystkie te schowki, schrony, mysie dziury,


te kupy gnoju, chlewy i kloaki,


gdzie uciekali, wciskali się, gnietli,


jeden na drugim w szparce lada jakiej,


pluskwy spłoszone, wykurzone szczury,


których przodkami — wojownicy świetni,


Machabeusze, wieczni ofiarnicy...


a ich wnukowie, w dniu rzezi, w ciemnicy


Boga chwalili, po czym, wyciągnięci,


ginęli wśród szyderstwa i tortury...


To bracia twoi... Zachowaj w pamięci


śmietniki, co śmiertelnym były łożem


i grobem... Płaczesz? Lecz to nie pomoże.


I darmo dłonią zasłonić chcesz twarz.


Idź dalej, suche miej oczy — i patrz.




Oto masz szopę, gdzie obok ofiary


śpi zbir upity krwią: chrapliwie dysze,


poci się... Wokół potrzaskane wozy,


tu z siana sterczy połamany dyszel,


tu rozłupane koło palce szprych


ku szyi czyjejś wyciąga... Koszmary


wstają spomiędzy martwego bezładu,


gdy snop promieni zakrwawionych swych


słońce rozepnie po zachodniej stronie


i blask niesamowity miejsce grozy


prześwietli... Ściśnij łomocące skronie,


wejdź i zapadnij w ten widmowy padół.


...To każdy szelest przenika — i ciszę,


unosi się w powietrzu nieruchomym,


oblepia ściany, trwa wiecznym pogromem,


wiecznym rzężeniem, wołaniem, zgrzytaniem 


ciał, co skonały, wciąż nowym konaniem.


Wsłuchaj się w obrót kół nieustający,


skrzypienie drewna, chrzęst miażdżonych kości...


Krew tu nie krzepnie, czas nie zna litości,


rana zadana bez końca się jątrzy...


I coraz niżej i niżej opada


czarny baldachim bezbrzeżnej rozpaczy,


głowę ci każe ugiąć, wołać "biada!" 


lecz milcz!... Ktoś jest jeszcze tu obok ciebie,


w mrok zamkniętymi źrenicami patrzy


i widzi wszystko... Na obcym pogrzebie


gość zbłąkany, przybysz z innych krain?


Skąd w nim ta męka jest niewysłowiona,


ten smutek niewymowny, co go trawi?


Pustkę chwytając wyciąga przed siebie


w bolesnym geście wychudłe ramiona


i ciemność maca ślepymi palcami...


Poznajesz? On to — wielki duch cierpienia,


który sam siebie spętał łańcuchami,


sam siebie skazał na wieki udręki,


zatrzasnął wrota własnego więzienia


i w krtani zdusił, nim zabrzmiały, jęki...


On to jest obok w tym przybytku zgrozy,


między ścianami głucho się kołacze,


chciałby zapłakać — ale nie zapłacze,


i dławią, dławią nie przelane ślozy...


Jest wszechobecny — i miejsca nie znajdzie,


śmiertelnie utrudzony Boży Duch,


zaś czarna aureola jego znakiem,


kiedy szybuje ku ofiarom, w dół...


.    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .


Oto głos Jego: Przybliż się, człowieku,

ucisz wahanie, szamotanie, bunt.

Niech duszę twą napełni po wiek wieków,

tych, co tu leżą, dojmujący ból.

Skoro zaś wchłoniesz umarłych milczenie,

dotknij ich — wstaną i przemówią cienie.

Pójdź tedy, aby w każdej świata stronie


zostać ich echem hucznym i wytrwałym,


i bezimiennym, bo imię... cóż po nim


tam, gdzie jedynie trupów krwawe zwały?...


Pójdź tedy. Z miasta wymknij się cichaczem


i wyrusz szlakiem odwiecznym, tułaczym,


drogą przez cmentarz  — tutaj nad grobami


świeżymi stań i skamieniej:


tego pomnika przemoc nie obali —


i nie umai zadośćuczynienie...


I w drogę, w drogę!... Nie zgrzytaj zębami,


nie rycz jak wół sprowadzony do rzeźni,


milcz trwając tutaj — wołaj idąc w drogę 


bo cóż masz dla nich, cóż możesz... Cóż mogę


i ja, nieszczęsny duch, którym był przez nich


z czołobitnością nazywany Bogiem?


I ty, przechodniu, i ja — nic nie mamy


i nic nie damy — i łzy zatrzymamy...


Ja, Bóg, przychodzę do tych martwych kości,


i zawstydzenia pełen i pokory


proszę, by w swojej wspaniałomyślności


odpuścić mi zechciały wszystko — gorycz


całego życia, nędzę, poniżenie


i śmierć gwałtowną, i ciał pohańbienie...


Bo skoro zapukają do mych wrót,


niebieskiej oczekując zapomogi,


rozłożę ręce — spójrzcie, jestem Bogiem


jak wy żałosnym i jak wy ubogim,


i nie odmieni tego żaden cud...


To jedno, czy przeze mnie, czy beze mnie 


żyliście i ginęli nadaremnie...


Za nic i po nic wasz ból oraz trwoga...

W chmurach się schowa siwa głowa Boga

ze wstydu, ale nic ponadto... Nic!

Tak będzie zawsze, jak było od wieków...

Wielki jest ból i hańba — które z nich

większe? — czy zdołasz powiedzieć, człowieku?...


Ach, milcz już lepiej, syny Adamowy,


niech świat nie wydrze z ust świadka-niemowy,


żeś spotkał dzisiaj Boga samotnego


i bezsilnego, i bardzo smutnego...


Weź tylko małą cząstkę żalu mego,


do tego — gniewu domieszaj trucizny

i w twarz żyjących jeszcze trupów ciśnij...






Tenebrae




Blisko jesteśmy, Panie,

blisko i pod ręką.


Schwytani już, Panie,

sczepieni z sobą, jak gdyby

ciało każdego z nas

twoim ciałem było już, Panie.


Módl się, Panie,

módl się do nas,

jesteśmy blisko.


Poszliśmy, schyleni, pod wiatr,

poszliśmy, by się pochylić

nad przełęczą i maarem.


Do wodopoju poszliśmy, Panie.


To była krew, to była,

którą przelałeś, Panie.


Lśniła.


Twój obraz w oczy rzuciła nam, Panie.

Oczy i usta tak są otwarte i puste, Panie.

Piliśmy, Panie,

Tę krew, i obraz we krwi, Panie.


Módl się, Panie.

Jesteśmy blisko.




przekład Ryszard Krynicki

Prawy sędzia




Że nie ma niczego oprócz tego życia,

które tutaj, na ziemi czarnej się powtarza —

mów o tym, mów, opowiadaj,

kiedy chwalisz Prawego Sędziego

nagłym błyskiem jasnego osądu,

który świeci zielono z głębi wieczornej gwiazdy.


Więc chwal tutaj, sław Prawego Sędziego,

tak jak całujesz usta zmarłej matki.

Ona nie powróci nigdy, lecz jej usta

wracają stale i znowu do życia,

przez ułudy miłości, przez

błękitne błyskawice Księcia Nocy.


W świeceniu deszczów tutejszych

żółtych i granatowych,

kiedy noc — jak w mojej wsi rodzinnej —

wchodzi huczeniem topól przez okno

i oszalałe z pożądania żuki

sypią się gradem —

wtedy też wracają jej umarłe usta.


Chwal Prawego Sędziego z drżeniem,

które matka czuła umierając

i którego nie rozumiała.

Nie pojmuje go i twoja miłość

szukająca ślepo ziaren świtu,

czuje tylko.

Chwal Prawego Sędziego nieustające poczęcia.



Simon Halkin

przekład Aleksander Ziemny

Brahma




Jeśli zabójca sądzi, że zabija,

        Lub zabijany — że pada zabity,

Jeden i drugi nie przeniknął, czyja

        Dłoń im nadaje ruch i sens ukryty.


Dal i niepamięć są mi bliską jawą,

        Cień w moich oczach płonie słońca zniczem,

Kto sczezł bez wieści — bogom równy sławą;

        Hańba i chwalba nie różnią się niczem.


Źle liczy, kto mnie nie uwzględnia w cenie;

        Gdy chce mi uciec — jestem mu skrzydłami;

Jam jest wątpiący i jego zwątpienie,

        Mną hymny wiernych są — i wierni sami.


Daremnie ufa, że mu drzwi otworzę,

        Mocarz-bóg, mędrzec, zwykły zjadacz chleba;

Lecz ty, co dobro miłujesz w pokorze,

        Znajdź mnie — i nie troszcz się o wstęp do nieba.



Ralph Waldo Emerson

przekład Stanisław Barańczak

Noc na moście




Noc... Matka gwiazd licznemu stadu...

Most o śliskiej poręczy, a pod mostem staw.

A w stawie, głowami w dół,

znowu gwiazdy, cicho wędrujące wpław...



Wklęsły bezkres u stóp twych gwiazdami się mieni

i wtedy wiesz przez chwilę, jak jest Bogu, który

wychylony przez poręcz czasu i przestrzeni,

w iskrzący pod Nim nisko pył gwiazd patrzy z góry...



Beata Obertyńska

Pilny list do Stwórcy świata




Na nieszczęście, Boże,

na nieszczęście dla ciebie,

nie istniejesz.

Bo gdybyś istniał,

wmieszano by cię do tego plugawego interesu.

Ryzykowałbyś wiele.

Osądziliby cię w Norymberdze

jako zbrodniarza wojennego

obok innych niewinnych twoich stworzeń

narodowości niemieckiej

i jako głównego przestępcę,

wilka pośród wilków.

Jedynie papież Pius XII

(zawsze taki pobożny, zgodnie z przybranym imieniem),

miękki wobec nazistów,

zapewne z czystej dobroci serca,

łagodny sojusznik spraw spod ciemnej gwiazdy,

             byłby twoim obrońcą.

Odżegnałbyś się — jestem o tym

                                                     osobiście przekonany — 

od filozofii tomistycznej,

wymachując

legitymacją komunisty uprzednio głęboko schowaną

i stworzyłbyś w Auschwitz

wspaniałą komorę gazową

z dodatkowym krzyżem pośrodku,

by dopełnić autoegzekucji

i samemu się ukrzyżować na oczach świata

z haniebną żydowską gwiazdą

zawieszoną u szyi.



Cóż za powtórka z Golgoty, mój Boże!



Cóż za zwieńczenie Nowego Testamentu!



To tylko jest piękny sen,

ale chętnie

obróciłbym dłoń z kciukiem ku dołowi

w twojej obecności,

albowiem, nawet nie istniejąc,

naprawdę Ty odpowiadasz za to wszystko

i właśnie dlatego

— jak powiedział chyba pewien Rosjanin — 

ponieważ dopuściłeś się nieprawdopodobnej podłości

nieistnienia,

wszystko jest dozwolone.



Eduardo Lizalde

przekład Krystyna Rodowska

Sen




Śniłaś mi się, niby Ofelia,

Samotna i nieprzytomna — w ogrodzie.

Twarz twoja, niby szczupły nenufar,

Leżała wśród kręgów na wodzie.



Trzepałaś skrzydłami czy powiekami,

Przez rzęsy sączyła się zielona woda.

Mówiłem: Boże, zmiłuj się nad nami,

Młodości mojej, starości mej szkoda.



Jarosław Iwaszkiewicz, Krągły rok

Modlitwa








Gwiazd siewco i księżyców, co w eterze wiszą,

O! Panie nad deszczami i Panie nad skwarem!

Porównaj nas zmęczonych z milczącym obszarem,

Niebiosa ku nam nachyl i napój nas ciszą.



O! utop nas w Twych światów bezmiernej głębinie,

Posrebrzaj nas jak gwiazdy, rozpuszczaj jak morze,

Nalewaj nas powietrzem w błękitne przestworze,

Nastrajaj nas jak echo i słuchaj, jak ginie.



Bladym uczyń nas rankiem, wschodzącym na niebie,

Obłokiem, co w południe leniwo przepływa,

Woalem czarnej nocy, co ziemię nakrywa —

Oswobódź nas od duszy i wybaw od siebie.



przypisane Karolowi

Hubertowi Rostworowskiemu



Pieśń XXV




Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?

Czego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary?

Kościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie,

I w otchłaniach, i w morzu, na ziemi, na niebie.



Złota też, wiem, nie pragniesz, bo to wszystko Twoje,

Cokolwiek na tym świecie człowiek mieni swoje.

Wdzięcznym Cię tedy sercem, Panie, wyznawamy,

Bo nad to przystojniejszej ofiary nie mamy.



Tyś pan wszytkiego świata. Tyś niebo zbudował

I złotymi gwiazdami ślicznieś uhaftował;

Tyś fundament założył nieobeszłej ziemi

I przykryłeś jej nagość zioły rozlicznemi.



Za Twoim rozkazaniem w brzegach morze stoi,

A zamierzonych granic przeskoczyć się boi;

Rzeki wód nieprzebranych wielką hojność mają.

Biały dzień a noc ciemna swoje czasy znają.



Tobie k'woli rozliczne kwiatki Wiosna rodzi,

Tobie k'woli w kłosianym wieńcu Lato chodzi.

Wino Jesień i jabłka rozmaite dawa,

Potym do gotowego gnuśna zima wstawa.



Z Twej łaski nocna rosa na mdłe zioła padnie,

A zagorzałe zboża deszcz ożywia snadnie;

Z Twoich rąk wszelkie źwierzę patrza swej żywności,

A Ty każdego żywisz z Twej szczodrobliwości.



Bądź na wieki pochwalon, nieśmiertelny Panie!

Twoja łaska, Twa dobroć nigdy nie ustanie.

Chowaj nas, póki raczysz, na tej niskiej ziemi;

Jedno zawżdy niech będziem pod skrzydłami Twemi!



Jan Kochanowski

Hymn




Smutno mi Boże! — Dla mnie na zachodzie

Rozlałeś tęczę blasków promienistą;

Przede mną gasisz w lazurowej wodzie

      Gwiazdę ognistą...

Choć mi tak niebo Ty złocisz i morze,

      Smutno mi Boże!



Jak puste kłosy z podniesioną głową,

Stoję rozkoszy próżen i dosytu...

Dla obcych ludzi mam twarz jednakową,

      Ciszę błękitu:

Ale przed Tobą głąb serca otworzę,

      Smutno mi Boże!



Jako na matki odejście się żali

Mała dziecina, tak ja płaczu bliski,

Patrząc na słońce, co mi rzuca z fali

      Ostatnie błyski...

Choć wiem, że jutro błyśnie nowe zorze,

      Smutno mi Boże!



Dzisiaj na wielkiem morzu obłąkany,

Sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem,

Widziałem lotne w powietrzu bociany

      Długim szeregiem.

Żem je znał kiedyś na polskim ugorze,

      Smutno mi Boże!



Żem często dumał nad mogiłą ludzi,

Żem prawie nie znał rodzinnego domu,

Żem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi

      Przy blaskach gromu,

Że nie wiem, gdzie się w mogiłę położę,

      Smutno mi Boże!



Ty będziesz widział moje białe kości

W straż nie oddane kolumnowym czołom:

Alem jest jako człowiek, co zazdrości

      Mogił, popiołom...

Więc że mieć będę niespokojne łoże,

      Smutno mi Boże!



Kazano w kraju niewinnej dziecinie

Modlić się za mnie co dzień... a ja przecie

Wiem, że mój okręt nie do kraju płynie,

      Płynąc po świecie...

Więc że modlitwa dziecka nic nie może,

      Smutno mi Boże!



Na tęczę blasków, którą tak ogromnie

Anieli Twoi w niebie rozpostarli,

Nowi gdzieś ludzie w sto lat będą po mnie

      Patrzący — marli.

Nim się przed moją nicością ukorzę,

      Smutno mi Boże!



Juliusz Słowacki