Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmarli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmarli. Pokaż wszystkie posty

[Wyjdźcie na drogę wszyscy razem...]


Wyjdźcie na drogę wszyscy razem

jakeście nigdy nie chodzili

snem już jesteście i obrazem

tacy weseli tacy mili


ubrani nadzy jak popadło

nikt na was przecie nie uważa

nie ma (gdzieś podział się) malarza

wrócił nad staw po prześcieradło


na drodze kurz i stopy bose

brudzą się w drodze jak pielgrzymom

cienie od drzew jak od olbrzymów

ostatnie po ścierniskach kłosy


wszystko sinieje snem splątanym

po rowach żółte kwitną chwasty

i chociaż Wicek woła: As tu!

dropiaty pies nie słucha głosu

i goni wrony po oranym


Jarosław Iwaszkiewicz, Xenie i elegie

O przeogromne morze




O przeogromne morze milczenia.

O niebiosa zmarłych.

Oto czuwa czas

jak gwiazda w każdym kamieniu.



Ciszą zamglona jodła

w której

soki lat

wschodziły i przekwitały.

Niewidzialna

pełnia serca.




przekład Stefan H. Kaszyński

Boleśnie serce pamięta




Boleśnie serce pamięta

      Przyjaciół, jak złoto drogich:

Różanouste dziewczęta,

      Chłopaków skrzydlatonogich.


Nad strugami nie do przeskoczenia

      Śmigłonodzy chłopcy dziś drzemią;

Śpią różanouste stworzenia

      Pod usłaną płatkami róż ziemią.



A. E. Housman

przekład Stanisław Barańczak

Stary list




Stary list ma pożółkłe kartki,

stary list ma wyblakłe pismo,

stary list ma wiele gramatycznych błędów.



Dalekie lata!



Ta ręka jest już martwa,

te usta są już nieme,

adresat osiwiał.

Został tylko świadek miłości,

został tylko stary żółty list.

List starej matki.



Nie można odejść z tego świata bez śladu,

zatracić się w nicości

i opieczętować drzwi.



Długi cień pada, zmarli, na wasze imiona.



Gładka woda faluje,

rozcięte powietrze drży,

szeleszczą dale.



Milan Kraus

przekład Jerzy Pleśniarowicz

*** Ból po stracie...




Ból po stracie najbliższych z czasem oddala się

jakby już nie był twój

lecz należał do kogoś innego



jednak trwa obok nie tracąc cię z oczu.



Zmarli niekiedy otrzymują ze swego świata przepustkę

na widzenie się z tobą tuż przy bramie snu.



jej mglisty blask zaciera kontury wydarzeń

które zaszły istotnie lub się wydawały



wślizgujesz się ostrożnie w swą młodszą godzinę

z zapartym tchem podbiegasz do granicy cienia

skąd życie jawi ci się jako przywidzenie



ciche doznanie szczęścia sprawia tyleż bólu

co krzyk po przebudzeniu



Żalnik, 1989


Puste miejsca po




     1. Tu był wysoki horyzont: biegł jak kot po dachach, przeskakując kominy. Nie ma już tej ulicy. Horyzont uciekł w pola, za Wisłę. Po domach, które tu były, zostało niebo — ciemniejsze niż naokół, jak ściana pod zdjętym obrazem. Gołębie z nawyku przelatują wyżej, a wieczorem zapala się księżyc na czwartym piętrze powietrza.


  2. Noc jest pustym miejscem po dniu. Dwuwymiarowa jest ciemność. Dopiero dalekie poszczekiwanie psów z okolicznych wsi odbudowuje przestrzeń. I znów rozlegają się zagubione odległości. Gdybyś ruszył przed siebie na oślep, zdziałałbyś tyleż, co trwając nieporuszony. I tak ciemność miniesz dopiero o świcie. Ale psy — znaki czuwających wiorst — upewniają, ze nie wszystko jeszcze stracone. 


     3. Puste miejsca po kimś nigdy nie bywają puste. Rozrastają się we wszystkich kierunkach, nie wystarcza im obszar wyznaczony dla żywych. Ten, którego już nie ma, nie mieści się w ciasnym kręgu ograniczającym go za życia. Odkąd zniknął, zamieszkuje wszystkie miejsca jednocześnie, wypełnia najbardziej niepojęte pojemności. Jego materia nieuchwytna, jego duch dotykalny zastępuje nam wszystkie drogi, staje się kretem w czarnoziemie naszych snów. I dopiero czas wypiera go z opanowanych przezeń posiadłości. Ale i wtedy miejsce nie jest puste ani przez chwilę. Kiedy milknie żywa pamięć, która jest tworzywem tych, co odeszli, ostatnia ich siedziba bywa zaorywana pod nowe sady i nowe cmentarze. Cudze sady i obce cmentarze, nie podległe naszym obrządkom. 



Jerzy Ficowski

Drzewa




Między nas wchodzą umarli. I my

wyobrażamy sobie że nie zapomnieli

o nas. Mówimy: oho wrócili przygnała ich

tęsknota. Oni tymczasem wchodzą

miedzy nas jak między drzewa.



Wybór większości, 1995


Wojciech Bonowicz

Módlmy się




za żywych umarłych

za niezrodzonych i nienarodzonych,,

za bratobójców i za samobójców

za niewolników

i za ofiary przemocy,

za wywyższonych i za poniżonych,

za biednych i za ubogich,

za zapomnianych i za tych,

o których nie chcemy pamiętać.



Módlmy się

o ludzką śmierć.



O zniesienie kary śmierci.



Nie módlmy się o zwycięstwo:

módlmy się o wytrwanie.



O Twe ośmielamy się modlić

nad nami czuwanie.


Ciebie prosimy:

bądź,


usłysz nas


i wysłuchaj



Zmarła wieczorem




                                                 Aert Gelder, Modląca się stara kobieta



Wysoko, wysoko.



Ostatnie słowa błąkały się po suficie

jak chmury.

Kredens płakał.

Fartuch drżał,

jakby zakrywał otchłań.



Koniec. Młodzi poszli spać.



Ale koło północy

umarła wstała,

zgasiła świece (niech się nie marnują),

szybko zacerowała ostatnią pończochę,

znalazła swoich pięćdziesiąt koron

w musztardówce

i położyła banknot na stole,

znalazła za szafą nożyczki,

znalazła rękawiczkę,

której od roku szukali,

sprawdziła wszystkie klamki,

zakręciła kran,

dopiła kawę



i z powrotem padła na tapczan.



Rano ją zabrano.

Została spalona.

Popiół był gruby

jak ze zwykłego

węgla

brunatnego.



Miroslav Holub

przekład Leszek Engelking

Anty-Łazarz




Umarły nie wstawaj z grobu

nic nie zyskasz tym zmartwychwstaniem

jeden wyczyn

             a potem

                   rutyna ta sama co zawsze

nie urządza cię to stary nie urządza



pycha krew skąpstwo

tyrania erotycznych pragnień

cierpienia z powodu kobiety



zagadka czasu

samowole przestrzeni



zastanów się umarły zastanów

nie pamiętasz już jak to wyglądało?

przy najmniejszym problemie wybuchałeś

bluzgami na prawo i lewo



wszystko ciebie drażniło

nie mogłeś już nawet wytrzymać

towarzystwa własnego cienia



masz złą pamięć stary złą pamięć

twoje serce było wielkim rumowiskiem

— cytuję twoje własne zapiski —

a po duszy nie został nawet ślad



po co więc wracać do piekła Dantego

po diabła powtarzać całą tę komedię?

o jakże boską komedię za dychę

łapać światło odbite w lusterku

zastawiać pułapki na łakome myszy

to byłby doprawdy obłęd



jesteś szczęśliwym nieboszczykiem szczęśliwym

nie brakuje ci niczego w grobie

śmiej się z kolorowych rybek



halo halo — czy ty mnie słuchasz?



któż nie przedłoży miłości do ziemi

nad pieszczoty posępnej prostytutki

nikt przy zdrowych zmysłach

chyba że zawrze pakt z diabłem



śpij spokojnie człowieku śpij dobrze

niech cię nie trapią wątpliwości

gospodarzu i panie swojej własnej trumny

w spokoju doskonałej nocy

wolny od drobiazgów i głupstw

jakbyś nigdy przedtem nie był obudzony



nie zmartwychwstawaj pod żadnym pozorem

nie masz powodu się denerwować

jak powiedział poeta

masz całą śmierć przed sobą



Nicanor Parra

przekład Krystyna Rodowska

Gdy umrę, mój najdroższy




Gdy umrę, mój najdroższy,

Wystarczy parę brzóz —

Nie sadź mi ponad głową

Cyprysów ani róż;

Niech tylko trawę w górze

Skropi raz po raz deszcz;

I, jeśli chcesz, pamiętaj —

Zapomnij, jeśli chcesz.



Nie będę widzieć cieni,

Nie będę czuła burz;

Nie będę słyszeć śpiewu

Słowika z leśnych głusz;

I śniąc przez nieskończony,

Niezmiennie szary zmierzch,

Albo pamiętać będę,

Albo zapomnę też.



Christina Rosetti

przekład Stanisław Barańczak

Ostatnie honory




Twój oddech zmiata delikatnie

Pojedynczy rząd płatków

Kiedy pochylasz się nad nim. Twoje palce

W powietrzu, ponad jego twarzą,

Są eleganckie i zakłopotane. Zatrzymują się

Przy jego zimnych ustach

Ale nie dotykają; dym świecy

Wplątuje wątłe cienie w jego włosy.

Twój przyjazny dotyk

Odrywa cię od płatków:

Panika barw.



Ian Hamilton

przekład Piotr Sommer

Nowy lokator




Został tu po nich tylko zegar.

Wstawiłem jego chromające wahadło

i idzie. Połyka ciszę.

W piecu zapaliłem drzewem

z trumny ich egzystencji,

teraz nieomal wszechobecnej.



Niecodzienną przygodą jest odnajdywanie

tego, co opuścili.

Kilka zeschłych fuksji

i jeszcze garnki z nie dopitą kawą.

Kilka ramek po wyblakłych zdjęciach

z dawnych czasów, gdy się mieli ku sobie,

bowiem znalazłem tutaj również miłosne listy

w ozdobnej skrzynce.

Dalekie teraz ich sercom jak zapomniana miłość.



Wierzcie, że spędzić taką noc

sam na sam z ich nieobecnością,

a zarazem z obecną jak najbardziej ich krzywdą —

jest nieco przerażające.

Nieomal chciałbym poznać ich twarze.

Tylko księżyc za oknami je zna.



Chodzę za spuszczonymi zasłonami

i nie wiem, co począć z minionym złem,

które mi jeszcze wzbrania radować się światem.

Czy potrafię się zmierzyć z tyloma wrogami?

Oczekuję, że nagle otworzą się drzwi

i ktoś wejdzie, aby mi oznajmić,

że nie ma już zła na ziemi

pełnej tylu kwiatów i owoców,

tylu drzew i ptaków,

tylu skrzydlatych myśli.



Jan Pilař

przekład Adam Włodek

Drugie życie mojej matki







Słyszę koło siebie twój krok znajomy,

twój krok chmury albo powolnej rzeki,

czuję twoją obecność, twój majestat skromny

jest przy mnie, poddanym twoich wiecznych królestw.



Ponad bladym niezatartym czasem,

nad zielonymi rodzinami leżącymi na wznak na ziemi,

nad pustym ubraniem, nad szufladą płaczu,

nad krajem deszczu milcząco panujesz.



Idziesz w owadach i pleśniach, twoje prawa

co dzień wypełnia moja ręka,

twój głos ukradkiem biegmnie z moich ust,

łagodząc stal i popiół mego głosu.



Busolo mojej długiej po ziemi podróży,

początku mojej krwi, źródło przeznaczenia.

Kiedy wziął cię w jaskinię swoją pył bez twarzy,

budzę się co dzień zdziwiony, że żyję.



Próbowałem wyważyć niewidzialne drzwi

i, więzień, tłukłem się daremno.

Wieszałem się na próżno na powrozie szlochów

i lamentując, bagnami snu szedłem.



Ale ty żywa jesteś tuż koło mnie

i dobrze wiem, że cicho oddychasz

w łagodnych rzeczach, które na mnie patrzą

w niebieskim porządku, dzięki twojej dłoni.



Mieszkasz w obszarach porannego słońca

i ze zwykłą tkliwością mnie otulasz

w swój płaszcz leciutki wysokiego światła,

jeszcze zimny od kogutów i cieni.



Mierzysz płynny gwizd owadów i ptaków,

podarunek dajesz, słodycz ziemi.

Czuły sygnał twój wskazuje zawsze drogę,

jego mowy pełna jest samotność.



We wszystkim, co robię, jesteś, zamieszkujesz moje milczenie.

Ponad moim ramieniem dyktujesz rozkazy,

kiedy noc wypija kolory

i nieskończona twoja obecność jest wszędzie.



Słyszę w sobie prorocze twoje słowa,

nocnym czuwaniom moim towarzyszysz,

ostrzegając o zdarzeniach, trudnych kluczach,

narodzinach gwiazd i wieku roślin.



Mieszkanko niebios, żyj, nie znając lat.

Krwi moja pierwsza, moje światło wczesne.

Niech wieczne twoje życie, oddychając w rzeczach,

wielkim prostym chórem otacza mnie i wspiera.




przekład Czesław Miłosz

Przed domem rodzinnym




Wieczór

jest taki mały

o wiele mniejszy niźli w wyobraźni

a jednak nie zmienia się

Człowiek się zmienia

rośnie z szybkością strzały



O serce dziecinne

jak przed pół wiekiem



W taki czas

wychodził ojciec z bramy

wąsaty w czarnym kapeluszu

zamykał szkołę

gdy uczniowie zrozumieli

że świat jest kulą o ognistym wnętrzu



Dawno go nie ma

uczniowie już się postarzeli

i mają wnuków

którzy się bawią pod bramą

w podróż międzyplanetarną



Może jestem jednym z nich

gdy siedzę na ławce

starzeję się w wyobraźni

przepływają wieki

życie ludzi znanych

i ludzi nieznanych



Noc nadchodzi

i nikt nie wyjdzie

ni ojciec ni matka

powiedzieć

dzieci już czeka kolacja



Pavol Bunčák

przekład Antoni Brosz

Kolonia, Am Hof




Pora serca, śnieni

ręczą za

cyfrę północy.


Coś mówiło w ciszy, coś milczało,

coś szło swoją drogą.

Wygnane i utracone

było u siebie.


Wy, katedry.


Wy, katedry nie widziane,

wy, rzeki nie wysłuchane,

wy, zegary głęboko w nas.



Paul Celan

przekład Ryszard Krynicki

[Złocisty, zimny blask księżyca...]




Złocisty, zimny blask księżyca,

Lewkonii, oleandrów zapach.

Dobrze tak chodzić w ciszy, w kwiatach,

Po modrych, cichych okolicach.



Gdzie w dali lśnią Bagdadu nieba,

Rozbrzmiewał śpiew Szeherezady.

Nie dzwonią dawno dźwięczne sady.

Niczego jej już dziś nie trzeba.



Daleka ziemia tamtych duchów

Cmentarną trawą już pokryta.

Wędrowcze, zmarłych nie nasłuchuj,

Nie kłoń się przed grobową płytą.



Spojrzyj, jak pięknie w krąg, jak miło,

Aż chce się dotknąć róż ustami.

Gdy serce wrogom przebaczyło,

Szczęściem ozłocą cię szafrany.



Żyć — to żyć, kochać — to bez pamięci,

W księżyca złocie tańcz nocami.

Gdy zmarłym pokłon chcesz poświęcić,

To żywych nie truj tymi snami.



Tak brzmiała pieśń Szeherezady —

Powtarza ją też miedź listowia.

Nad tym, co nie ma pragnień żadnych,

Można się tylko ulitować.



1923



Sergiusz Jesienin

przekład Bogdan Ostromęcki

Tren








Przez pokoje

od snu pociemniałe


zbliżali się coraz wyraźniej

w złotych insygniach świec


jakby wyszli na spacer


amfiladą cedrowych alei


przez ciemne pokoje

głębokie

stygnące stawy


na brzeg


krok za krokiem

coraz dalej i dalej


coraz jawniej w niejawie

żywi moi — moi we mnie umarli



Dom z czerwonej cegły




Były w domu rzeczy święte: fotografia przecięta

czarną wstęgą żalu, nadtopiona świeca w lichtarzu

z pożegnalnego wieczoru, telefon zawieszony na ścianie

w pół słowa. Nic więcej, może tylko samotność,

której schronienie jest przekleństwem.



Dokądkolwiek pójdziemy, ona pójdzie z nami

wskazując wyjście z niewoli: przepaść dla wszystkich

tę samą. Dom równie śmiertelny jak my. Dzikie zwierzęta

bez gniewu rzucające się na swoje ofiary.



Kraków, 1989

Cudzoziemszczyzna, 1995



Marzena Broda

Przychodzą umarli




Umarłych by nie było

wśród nas Gdybyśmy tego nie chcieli

umarłych by nie było Gdyby

nie dom zbudowany przez nich

namalowany obraz Posadzony las

gdyby wszystko nie było z nich

a później dopiero z nas



nieoswojeni z umieraniem

wprawiamy się w zapominanie

w rośnięcie Hodowanie dzieci

zaorywanie grobów



umarli są bezradni Ale

nagle drgnie obraz Zatrzyma się zegar

spadnie wazon Skrzypi podłoga

a w śnie Cmentarzu złudzeń i marzeń

przychodzą umarli Trochę grają

widać że chcą być zwykli

siadają przy nas Milczą

czasem radzą jakby ostrzegają

nie mówią o piekle ani o raju



są nieśmiali

jeśli przynaglam Nie przychodzą

omijają moje życie

ale jednak są Nagle siadają przy stole

stoją pod drzewem Idą z nami drogą

są otwarci Ale jakby półprzymknięci Ukryci

Do umarłych których umiem wzywać

wychodzę do nich pierwszy

bez nich niebo i dom się zawali

nawet ten z wierszy