Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hardy T. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hardy T. Pokaż wszystkie posty

Dochodzimy do kresu







Dochodzimy do kresu owego rojenia,

Że niemożliwe spełni się w naszym wszechświecie

I że po gorszych chwilach lepsze przyjdą przecie,

Że ród się ludzki może rozumem przemieniać.



Już wiemy, że jak w klatce skowronki nie milkną,

Wciąż śpiewają, nie pragnąc się nawet wyzwolić

Zza prętów karawanu dożywotniej doli,

Tak się i my marzeniem upijamy tylko.



I że skoro narody kopytami koni

Deptały pola obcych broczące w agonii,

Mogą to samo zrobić jeszcze w innym czasie,

Nie z zamysłu ni nawet, że tak im jest miło,

Lecz połechtane jakąś demoniczną siłą.

Tak, do kresu snów swoich dochodzimy właśnie.



Thomas Hardy

przekład Zygmunt Kubiak

Idąc po Oxford Street, wieczorem







                           Blask słońca bije od zachodu

                           I od płynącej ściekiem wody,

                           I od szyb, co się lśnią wilgotnie,

                           I od mosiądzu w każdym oknie.

                           Blask też w gablotce się zwierciedli

                           Przed pełnymi śmiechu oczami

                           I zębami wytwornej damy,

                           Która się różuje i bieli.

                           To gorące bóstwo też bada

                           Szpary w drzwiach, do flaszek się wkrada

                           W aptece, przenika bez biedy

                           Tajnie ich, nad którymi niegdyś

                           Sam Arystoteles się głowił,

                           Boć istniało, nim nastał człowiek.



Olśniewa również oczy kogoś, co tu idzie

Na zachód, buchaltera, który niedowidzi

I do końca dni swoich nie znajdzie ścieżyny,

Co by go z tej ulicy wywiodła w świat inny.

Kroczy z głową spuszczoną, niczego nie wita

Z ciekawością i, czemu się urodził, pyta.



Thomas Hardy

przekład Zygmunt Kubiak

Stare meble








Nie wiem, jak się czują inni, moi rówieśni,

            Wśród mebli, co długie losów koleje

Przeszły, kupione za życia dziadków lub wcześniej,

            Lecz wiem, co to ze mną wtedy się dzieje

                  Zawsze.




Bo ja widzę ręce dawnych pokoleń wielu,

            Jak się ciągle tymi gałkami cieszą

I ząbkami, i każdy błyszczący bibelot

            Chwytają, jego staromodną pieszczą

                  Formę.



Ręce za rękami, coraz bledsze i bledsze,

            Jak pomiędzy lustrami zapalone

Światło, coraz niklejsze, gdy odchodzi w przestrzeń,

            Choć obraz przechowują zapatrzone

                  Oczy.



Na matowej zegara tarczy mglisty palec

            Chce nastawić godzinę: waha się, podrywa,

Znów się zatrzymał, znowu podlatuje dalej,

            Jak ćma w noc letnią, w moją stronę chyba

                  Pełznie.



Na tej starej wioli też tańczą jakieś ręce:

            Przebiegają po strunach, tak jak ongi;

Cofa się smyczek, drgnął, znów skacze w przód co prędzej,

            Tak, jakby chciał te żałosne postronki

                  Przeciąć.



A nad skrzynią z podpałką rozbłysk jakiejś twarzy

            Widzę: nagła ją chwila, zanim strąci, wznosi

Z mroku, kiedy się popiół szkarłatnie rozrzaży

            Od iskry krzemiennej i znów w ciemności

                  Gaśnie.



Tak, tak. Lepiej się zbudzić. Niech coś dziać się zacznie.

            Dzisiejszemu światu nie jest potrzebny

Człowiek, który na rzeczy patrzy tak dziwacznie.

            Jeśli ma tak żyć, niechby raczej w niebyt

                  Zapadł.



Thomas Hardy

przekład Zygmunt Kubiak

Neutralne odcienie




Staliśmy w ten zimowy dzień, z zimna skuleni,

Nad stawem, w słońcu zbladłym, jakby Bóg je zbeształ;

Nędzną darń kryły liście, spopielała resztka

      Ognistych barw jesionu z minionej jesieni.



Patrzyłaś na mnie wzrokiem, jakim się obdarza

Zagadki o od dawna znanych rozwiązaniach;

Mówiliśmy – spierali się bez przekonania,

      Któremu z nas ta miłość więcej strat przysparza.



Twój uśmiech był najbardziej martwą z wszystkich w świecie

Rzeczy dość żywych, aby miały siły skonać;

I kącikom ust gorycz ciążyła spóźniona,

      Jakby złowróżbny ptak próżno chciał wzlecieć...



Odtąd wszystko trwa dla mnie w kształcie tej jałowej

Lekcji – że miłość łudzi, by skazać na mękę:

Twoja twarz, drzewo, słońce przez Boga przeklęte

      I staw obramowany szarawym listowiem.



1867



Thomas Hardy

przekład Stanisław Barańczak