Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nienawiść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nienawiść. Pokaż wszystkie posty

Zimowa nędza


Jeszcze śpi szara ulica, w zimno i śnieg omotana...

Wiatr — bezdomny — on dotąd nie śpi.

I przez noc całą przebiega ulicę,

Wieje śniegiem i pyłem, skomle kąśliwie i głucho...


W bramach już ludzie półzbudzeni,

Już małe światła w oknach słabo świecą,

Przez wrota się przewleka niby sznur

Szorstki, schrypnięty gwizd fabryki.


Któż to jest — ta pierwsza w nowym dniu,

Co przystanęła na chwilę na rogu

I rozgląda się wokół wzrokiem nienawiści,

I po chwili znów idzie prosto wzdłuż ulicy?


To stara, zmarzła, szara zimowa nędza

Budzi się pierwsza z przekleństwami

I pierwsza ulicą, przeklinając, idzie

Taszcząc ciężkie wiadro węgla w swej skostniałej ręce.


Mani Łejb

przekład Zbigniew Jerzyna

Nienawiść




Spójrzcie, jak wciąż sprawna,

jak dobrze się trzyma

w naszym stuleciu nienawiść.


Jak lekko bierze wysokie przeszkody.

Jakie to łatwe dla niej — skoczyć, dopaść.


Nie jest jak inne uczucia.

Starsza i młodsza od nich równocześnie.

Sama rodzi przyczyny,

które ją budzą do życia.

Jeśli zasypia, to nigdy snem wiecznym.

Bezsenność nie odbiera jej sił, ale dodaje.


Religia nie religia 

byle przyklęknąć na starcie.

Ojczyzna nie ojczyzna 

byle się zerwać do biegu.

Niezła i sprawiedliwość na początek.

Potem już pędzi sama.

Nienawiść. Nienawiść. 

Twarz jej wykrzywia grymas

ekstazy miłosnej.


Ach, te inne uczucia 

cherlawe i ślamazarne.

Od kiedy to braterstwo

może liczyć na tłumy?

Współczucie czy kiedykolwiek

pierwsze dobiło do mety?

Zwątpienie ilu chętnych porwało za sobą?

Porywa tylko ona, która swoje wie.


Zdolna, pojętna, bardzo pracowita.

Czy trzeba mówić ile ułożyła pieśni.

Ile stronic historii ponumerowała.

Ile dywanów z ludzi porozpościerała

na ilu placach, stadionach.


Nie okłamujmy się:

potrafi tworzyć piękno.

Wspaniałe są jej łuny czarną nocą.

Świetne kłęby wybuchów o różanym świcie.

Trudno odmówić patosu ruinom

i rubasznego humoru

krzepko sterczącej nad nimi kolumnie.


Jest mistrzynią kontrastu

między łoskotem a ciszą,

między czerwoną krwią a białym śniegiem.

A nade wszystko nigdy jej nie nudzi

motyw schludnego oprawcy

nad splugawioną ofiarą.


Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.

Jeżeli musi poczekać, poczeka.

Mówią, że ślepa. Ślepa?

Ma bystre oczy snajpera

i śmiało patrzy w przyszłość

— ona jedna.



Wisława Szymborska 

hi gie na




nie zapięli mnie w pasy, nie mogę straszyć obłędem

mam nudne życie klasy średniej, choć nie mam auta i pracy

kolejny rok z bolącym zębem, kolejny krok po ścianach

na jednej nodze chodzę, druga gdzieś za mną pełznie



a na ulicach bieli się czerwień, skandują rodacy, aż ucho ci więdnie

uchodź i wiej gdzieś, uchodźcy mile widziani

w obozach śmierci, w komorach, gdzie śmierdzi gazem

w kibitkach, gdzieś za Kaukazem



chłopak w tiszercie Polska Warcząca dumnie wyciąga prawicę

do słońca, do boga ojca, do zawsze dziewicy, tej lwicy narodowej

co za nas chętnie nadstawia głowę, co dla nas chętnie obnaża piersi

i mlekiem karmi, byśmy byli bielsi, byśmy byli jak kiedyś pod Wiedniem



we dnie, w nocy, kupo mocy wszystko przy tobie blednie

wszystko przy tobie blednie, nawet niedziele

ciężko jest święcić, kiedy w pamięci te twoje piersi

jędrne owoce pobożnego życia



dasz wiarę kicia, że choć wyssałem z twym mlekiem

szacunek do życia, zabijam w myślach całe ludzkie stada

śniadanie — zagłada, obiad — krwawa łaźnia, kolacja — eksterminacja

zmierzch — pacierz, świt — pacierz



każdego dnia hi gie na



Przemko Janiszko

Miłość jest czym innym, panowie




Od dzieciństwa, panowie,

wzrastamy w przekonaniu,

że miłość jest rzeczą pozytywną,

zapisaną w jedenastozgłoskowcach.



Ale miłość jest zupełnie czymś innym,

ma piersi ropuchy

i skrzydła wieprza.



Miarą miłości jest nienawiść.

Można ją wyczytać między wierszami.

Miłość mierzy się na banały,

na metry bieżącego szaleństwa.

Wszelka miłość jest marzeniem

— marzeniem z czystego srebra —

marzeniem kogoś umierającego.

Miłość: to drzewo rodzi owoce

rumiane tylko wtedy, gdy zasypia.



Eduardo Lizalde

przekład Krystyna Rodowska

Nienawiść




Człowiek zabił człowieka. Mówili do siebie:

             "Oddałbym ci ostatnią koszulę!"



Morderca opłakiwał zmarłego. Zmarły, gdyby

             wspomniał, wiedziałby, że zabójca żałował.

             To był strzał w jednej sekundzie nienawiści

              z dziesięciu miłości.



Dlaczego słońce jest czerwoną piłką w mgiełce

             godziny szóstej?...

Dlaczego księżyc jest walącym się kominem?...

             walącym się... walącym się...

             "Oddałbym ci ostatnią koszulę"...

             I zabiję cię, gdy mi się pomiesza w głowie.



Carl Sandburg

przekład Michał Sprusiński

Maleńki rynek




                                                               


Miała skórę gładszą niż jedwab

Najpiękniejszą w całem Jedwabnem

Kiedy Wrzesień zagrzmiał nad Polską

Lat jej było zaledwie dwanaście

Nazywała się Ryfka Goldberg

Ojciec mówił do niej — Ryfunia

Kiedy przyszli czerwoni mołojce

W białostockiem nastała komuna



Maleńki jest rynek w Jedwabnem

Kościółek i synagoga

W sobotę albo w niedzielę

Ludzie się modlą do Boga

Lecz w czas wojny Bóg jest zajęty

Czy to Jahwe czy Bóg chrześcijan

Zbyt jest zajęty by wejrzeć

W duszę Polaka czy Żyda



Potem Niemiec czerwonych przepędził

Aż pod Moskwę tankami zajechał

I w Jedwabnem zaczęły się rzeczy

Których lepiej by było zaniechać

Ryfkę Goldberg już prawie dorosłą

Zapędzili na rynek sąsiedzi

Tysiąc Żydków stłoczyli jak bydło

Ku uciesze pijanej gawiedzi



Bo maleńki jest rynek w Jedwabnem

Kościółek i synagoga

W sobotę albo w niedzielę

Ludzie się modlą do Boga...



Gdy część Żydków skwierczała w stodole

Bo nie dało się wszystkich tam upchać

Wzięli Ryfkę chłopaki na pole

I gwałcili — normalnie i w usta

Ona szybko pobladła jak chusta

I umarła od polskiej siekiery

Odrąbali jej główkę prześliczną,

I zagrali nią w nogę na miedzy



Nie byłem na rynku w Jedwabnem

Ale śnią mi się w nocnych koszmarach

Smutne oczy jak czarny antracyt

I odmawiam kadisz nieskładnie

I błagam: Wybacz! Przepraszam!

Choć wiem jak jest trudno wybaczyć...