Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja słowacka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja słowacka. Pokaż wszystkie posty

Słonko




Żółknie zboże.


Słoma na kapelusze 


pięknie dojrzewa.


Leniwe dzięcioły stukają w drzewo.


Wszędzie na świecie znaczy to SOS.


W błękitnym powietrzu roztopił się las.


Kochankowie w nim siedzą z bladymi twarzami,


piją słonko z octem,


jedzą kwaśne jabłka,


rachują palce rąk i nóg,


cieszą się, że to na życie wystarczy.




Modry las. Nad lasem się chmurzy.


Z chmur nagle odłamała się błyskawica.


Ziemia się przechyliła.


Sosny uderzyły ciałem o ciało.


Tak się zlękłaś, że aż pociemniało.




A ja bym ci kupił


letnią burzę z kwiatami,


potulną błyskawicę, która by się w nich pasła.


Choćbym nie miał na chleb i na sól,


na odrobinę słonka miałbym.




Niczego ci nie wymawiam.


Ciebie każdy lubi.


Tobie to wszyscy z ręki wyczytają:




Gdy się uśmiechasz


wschodzą tęcze pawi


i tam, gdzie stąpniesz — źródła rzek.




Pożółkłe zboże.


Słoma na kapeluszu


właśnie dojrzewa.




Lecz ja chodzę z odkrytą głową


udręki pełną.




Miroslav Válek

przekład Michał Sprusiński

Stary list




Stary list ma pożółkłe kartki,

stary list ma wyblakłe pismo,

stary list ma wiele gramatycznych błędów.



Dalekie lata!



Ta ręka jest już martwa,

te usta są już nieme,

adresat osiwiał.

Został tylko świadek miłości,

został tylko stary żółty list.

List starej matki.



Nie można odejść z tego świata bez śladu,

zatracić się w nicości

i opieczętować drzwi.



Długi cień pada, zmarli, na wasze imiona.



Gładka woda faluje,

rozcięte powietrze drży,

szeleszczą dale.



Milan Kraus

przekład Jerzy Pleśniarowicz

Paul Eluard




                                                                Fot. Izis Bidermans



Pękają bańki mydlane jest maj

Maj melancholii

Kruchy wazon który się zjawił nad Paryżem

Paryż klatka z uwięzionym spleenem

Śpiewa o nagości

Śpiewa sentymentalnym ciałom bez sentymentalizmu

Śpiewa o brzegach na których widać piękne syreny

Podczas nocy bez łodzi ratunkowej

Kiedy pijemy koktajle melancholii

W zakazanych knajpach

W takich gdzie chętnie bywał Artur Rimbaud

Przy kochankach Baudelaire'a

Panienkach stanowiących ładunek niewidzialnego okrętu

W przystani ciszy

Gdzie pływa dom z fosforyzującym czołem



Vladimír Reisel

przekład Adam Włodek

Kamienuję co chwila







Echom lata

Odpowiadają stare nostalgie

Pustych gasicieli gwiazd

Którymi my jesteśmy

Pijąc swoje oczy przed północą

I nie widząc niczego

Tylko stada snów

Toczących się

Na wszystkie strony

Nagiego globu

Z rękami ciemności



I szukamy czarnych uśmiercających promieni

Za murami nie wysłuchanych próśb

Za lianami pereł

Za maskami śmierci



Vladimír Reisel

przekład Danuta Abrahamowicz

Philippe Soupault







Przeminęła już pasja której się oddawał

Oto wędrowiec który milczy

Milczeniem diademów

Wyglądam przez wszystkie otwarte okna

I widzę jego sny

Bagienne fiołki przeczuć

I samotności

Widzę czarne kopalnie czasu

I poszukiwacza złota z przerażonymi oczami

Widzę spleen

Ciche kamienie ułożone jeden przy drugim w przepysznej harmonii

Bez chęci olśniewania

Tylko ciche

Na ziemi gdzie panuje samowładca żal



Vladimír Reisel

przekład Adam Włodek

Gra cieni




Noc krwawi

z prawego oka

to księżyc skoczył do jeziora



Leżysz w trawie

ze mną

a noc i księżyc

królują w twoich oczach



Widziały wszystko

wszystko widziały

i milczą

jak nagrobek

na którym księżyc wyrył złotem moje słowa:



Byłaś mi gwiazdą rówieśnicą



Vladimír Reisel

przekład Antoni Brosz

Z powstania




Kiedy odjeżdżał

żegnali się pod osiką



Do dziś go wyczekuje

już w zmarszczkach

lecz miłość

nie zestarzała się



I on jej oczekuje

stale młody

i uśmiechnięty

z kulą w sercu



Vladimír Reisel

przekład Antoni Brosz

Sen o łzie




Pochowałem

bliskiego człowieka

i w świeżą glinę

zasiałem

łzę



Nie trzeba jej podlewać

będzie kwitnąć w nieskończoność

jest wieczna


uczę swoje dzieci wymawiać jej imię:

Miłość



We wszystkich przypadkach



Vladimír Reisel

przekład Antoni Brosz

Sen o gołębicy




Nagość naga po brzegi

w weneckim zwierciadle

a potem w słońcu na prześcieradle

topnieją śniegi ciała

i życia śniegi


Gołębica strachu doleciała



Vladimír Reisel

przekład Antoni Brosz

Nierealne miasto (fragment)




...Znów siedzę w pociągu nabitym martwymi istotami bez twarzy

Tak jak kiedyś

Ten odjazd jest ostatni dlatego duszą mnie macki zmierzchu

Siedzę sam w kącie i patrzę po raz ostatni na miasto

Spokojnie pasące się stado elektrycznych owiec

we wszystkich kolorach



Pociąg rusza a w oknie rysuje się moja melancholijna głowa

Patrzę ostatni raz na to miasto

na nierealne miasto

niknące na zawsze

I nasze miłości w nim

I nasze kroki po jego bruku



Już nigdy nie ujrzę twoich ulic

już nigdy nie przyjdziesz powiedzieć mi dobranoc

Dzisiaj jest tylko żegnaj

Skinąłem ci smutną ręką

Niknie miasto

I nasze w nim miłości



Żegnaj Emilio

Żegnaj nierealne miasto

Miasto miłości i zdrady

Miasto rąk które kochałem

Miasto oczu najpokorniejszych

Miasto ciała pełnego oddania

Miasto ust stworzonych dla miłości

Miasto ust zdolnych mówić najłaskawsze słowa

Miasto poetów i samobójców



Żegnaj Emilio

Żegnaj nierealne miasto

To najstraszniejsza nostalgia

odjeżdżać z myślą o kobiecie której nie przestaliśmy kochać



Vladimír Reisel

przekład Antoni Brosz

Nad kartą życia i śmierci




Twoje bezcenne kolana przejmujące kolana

Twoje kolana dogasającej dali

Twoje kolana zaświatowej łabędzicy z wiośnianą szyją

Twoje kolana rubinu

I ptasiej perspektywy

Opuszczone proszące wichry o miłosierdzie

Zagubione jak ostatnie pożegnanie

Pływające jak zatopiony krążownik

Jak statek łaski



Dwie wazy potrącone w jednym oka mgnieniu

Senne kryształy skrywające ogień

Czemu roziskrzasz

Czemu roztaczasz ułudne krainy

Pomiędzy świetlistymi półkulami

Pomiędzy swoimi udami wilkołaka

Pomiędzy kolanami niszczyciela



W swej sieci nocy

Nie znajduję nic

Tylko ciebie

Tylko twe ciało ozdobione miłością

Rozbite na cząstki elementarne

Smutne smutniejsze niż kropla z krwawiącego alabastru



Labirynt oczu labirynt dymu wonnego

Na twoim łonie śpiew jaskółek

Na twoim łonie ogród z kraju baśni

Na twoim łonie dalekie lekkie serce

Nie uznające nikogo



A przecież

Gdyby ciebie nie było

Moja samotność z igieł i żywego srebra

Moja samotność ograniczona do drobnych kontaktów

Byłaby tylko magicznym foyer bez słonka

Byłaby tylko klasztorem

Pod dachem z najbardziej niezawinionych łez



Garnę się do ciebie

Z czułością daniela



Śpię z tobą

Z nagrobkiem na którym wyryto słowo anioł

Z przedziwną rybą o nieznanych oczach

Śpię z tobą

I dotykiem wyczuwam twój spleen



Vladimír Reisel

przekład Adam Włodek

Budzik




Jeszcze nawet nie śpiewały ptaki

kiedy mnie obudziły twoje włosy

jeden nagle zjawił się na mojej dłoni

drugi zaplątał się w promień świtu

a trzeci powiał wonią ananasów


kocham ten budzik twoich włosów



Vladimír Reisel

przekład Antoni Brosz

Jabłko




Stoczyło się jabłko ze skrzyni na ziemię.


Pakuj swoje manatki. Możesz sobie odejść.




Oparła się plecami o drzwi


I krzyknęła oczami:


Na Boga, proszę cię, nie!


Ale ja powiedziałem, że mam tego dość;


wstałem,


podniosłem jabłko,


zakurzone i jeszcze zielone


i położyłem je na stole.


Nie przestawała prosić,


podeszła do stołu,


płakała.


Patrzyła na mnie, wycierała jabłko,


płakała.


W końcu powiedziałem: Połóż to jabłko i idź!




Sprawa wzięła obrót taki jak przewidywałem.


To obojętne że w innym porządku.


Otworzyła drzwi,


zbladłem i powiedziałem: Zostań!


Ale spakowała swe rzeczy i odeszła.




Stoczyło się jabłko ze skrzyni na ziemię.





Miroslav Válek

przekład Antoni Brosz

Deszcz




To rozdzwoni się nad wieże w złocie kopuł,

to jak rzeki nurt wezbrany krzyczy w ucho.

Dzień deszczowy obszedł miasto wokół,

pluszcze głucho.



O czym myślisz w takiej właśnie chwili?



Myślę o tym, dlaczego tak myli

na rękawie twego futra znamię,

co mnie jak kamień ugodziło,

czyje wspierało ciebie ramię

i czy wyświechta czas naszą miłość.



Znowu dudni uporczywy rytm ulewy,

bębni w drzewa, bębni w każdy dach,

wystukuje moje smutki, moje gniewy,

wątpliwości, wszystek głupi strach.



To rozdzwoni się nad wieże w złocie kopuł,

to jak rzeki nurt wezbrany krzyczy w ucho.

Dzień deszczowy obszedł miasto wokół.

Pluszcze głucho.



Miroslav Válek

przekład Jerzy Pleśniarowicz

Lot w słońce [fragment poematu]




W zieleni ogrodów porzucona zrudziała czapka października.

Ziemia się mniej więcej trzyma swej orbity.

Wanad i mangan,

iryd i arsen,

ołów i jod,

i wszystkie pierwiastki jak w klasyfikacji

do pewnego stopnia praw dawnych słuchają.

Śpi trawa stepowa, wierzby słuchają

próżnych skarg wody,

oceany w biodrach jeszcze się kołyszą,

w gliniaku Ziemi pluszcze nafta,

a w spopielałym, drgającym powietrzu

powiesili skrzypce jesienne Paul Verlaine'a.



Anim dobrze nie słyszał tego płaczu.

Noc w ruch puściła swoje dynama,

coś mówisz do mnie,

nie rozumiem ciebie.



Wygasły gwiazdy,

za czworobokiem izby

miasto już stroi

piszczałki neuroz,

głęboko, głęboko,

aż na dno mojej studni

zstępuje strach.



A w górze, ponad nim,

naprzeciw nieba groźnego jak zbrodnia,

otwiera ciemność swój ciężki, czarny fortepian.

Znów ten koncert

strasznych kakofonii!

Allegro ma non troppo...

guajacuran, hysteps, thiamin forte!

Spać!



O szóstej rano,

gdy w czyste niebo syreny beczą jak stada owiec,

w otwartym oknie, w słońcu pojawia się mężczyzna.

Staje na palcach,

głową rozpiera powietrze,

słyszy prawidłowy, zgiełkowy chód miasta,

który nie ustaje ani na chwilę,

potem przeciąga się,

ramiona podnosi przed orkiestrą:

piano o piętro niżej

i jeszcze niżej kobiecy głośny śmiech.

Upadek anioła

czy lot Ikara ze słońca na ziemię?



A on tam leży bez hełmu, bez skafandra,

brawurowy pilot w pasiastej piżamie,

tak skończył swój karkołomny atak na asfalt,

komu przypomnieć może mężczyznę, który padł,

a komu anioła?



To tylko mały, doskonały lakiernik

kreślący z góry w dół swoją parabolę.



A miasto gra jak flet fakira,

nikogo nie przejął

cudaczny los cudacznego astronauty.

A miasto gra jak czarny patefon,

pomału kręci się plac z łabędziami,

w nieskończoność mi reprodukuje

wciąż tę samą muzykę swoich nóg.

Kula ziemska płynie w szerokiej przestrzeni

jak suknia wirująca wokół kibici Galiny Ulianow.



Mężczyzna z wiadrem w rękach zdrzemnął się na najwyższym szczeblu drabiny,

śni mu się Yma Sumac zmieniona w kolibra,

bez wahania, dalej, wspina się za gwiazdą.

Dla nikogo nie jest to sensacją,

dzień jest modry jak oko królika,

fantastyczny dzień,

a każdy powinien mieć swoją gwiazdę, swój sen,

swój lot w górę.



Ustąpcie z drogi mężczyźnie idącemu po krawędzi dachu.

Póki jeszcze trwa pęd ku słońcu

śmiesznie byłoby dzwonić na martwego.

Sam dobrze wie, co kryje w sobie lot.

Gdy zapragnie wzlecieć,

zrobi to...



Miroslav Válek

przekład Antoni Brosz

Wspomnienie







W brodzie pagórka

skrył się cygański tabor

jak pszczoła w kielichu kwiatu.



Wspomnienie —

kasztan dojrzały.



Ogień jak łańcuch podzwania,

a Cygankom na piersiach kwitną róże pieśni,

ich żal rozwiesił się jak krople liści zielonych.



Rozpal mi ogieniek, dziewczyno cygańska,

nie mały, nie duży, żeby się nie błąkał.

Rozściel suknię swoją, miłuj mnie gorąco

i niechże rozkwitnie dokoła nas łąka.



Wspomnienie —

studnia głęboka.



Księżyc palce położył

na szczelinach plecionych ścian

trącić chciał struny

Cyganowych skrzypiec.



Jest cicho jak na dzwonnicy,

gdy pozdejmują dzwony.

Tylko wiatr we włosach krzaków szeleści.

Wtedy ojciec śni o własnym życiu.



Śnią mu się długie białe drogi,

śnią mu się skrzypce pod pazuchą.



Wspomnienie,

co się właściwie stało?

Małe domki teraz mają święto,

schowały się pod rubinowy kapelusz,

słyszymy, jak gra radio.



Wspomnienie o cygańskim taborze!



Dezider Banga

przekład Jerzy Pleśniarowicz

Usiedli i liczą




Usiedli przy stole i liczą.

Przyszłe auto odbiera im sen,

małymi radościami będą go spłacać:

zrzekną się kawy i papierosów,

w dętki wsiąknie ich piwo i mleko,

kino, piłkę nożną przykryje karoseria,

a pod motorem na miazgę zetrą się owoce.

Dostępne radości,

którymi się uśmiecha do ludzi dzień

i miłość, i praca,

staną się pozycją w bilansie.

Unikajcie ich łakomych rąk,

ich szalonych zachcianek.

Unikajcie ich, bo przesłaniają

radosne słońce swoich lat,

a ich dzieciom

zestarzały roześmiane oczy,

w zawistnej łapczywości.

Usiedli przy stole i liczą.

Dla iluzji wątpliwego szczęścia

wygnali z domu swe małe radości.

A one usiadły pod ich oknami,

Szczebiotem mieszają się

w ich jesienne spory

jak jaskółki,

które jutro odlecą do cieplejszych gniazd,

aby już nigdy nie wrócić.



Vojtech Mihálik

przekład Antoni Brosz

W liście z daleka




O tej godzinie już zasnęłaś. Cała

Skrzydlona w oddech, co opływa ręce

I usta we śnie tym bardziej dziecięce,

I lok — jak anioł nad kapliczką ciała.



Tobie zapewne księżyc też przygrzewa,

Lecz ty bezwiednie przemywasz nim usta

Jak mym westchnieniem. A noc stoi pusta,

A tylko zegar drąży słoje drzewa.



Sen po niedzieli. Jeszcze z twoich sukien

Paruje srebrny zapach kwiatów, ziela,

Lecz w kalendarzu już zgasła niedziela —

Sen twój pozostał, me czuwanie długie.



Nad niemym miastem nocną ciszę piję,

Z okna schylony nad Wisły sen cichy.

I w śpiącej rzece zakreślam dystychy

Tylko dla ciebie — więc teraz niczyje.



Vojtech Mihálik

przekład Stanisław Grochowiak i Witold Rutkiewicz

Pamięć




Nosimy w sobie, spragnieni, wspomnienia

te dawne pogłosy omdlałego szczęścia.

Przesypujemy w sobie,

zliczamy,

kiedy zgrzytają szprychy ciała,

kiedy gorączka pełznie po rozbitej tęczy,

kiedy przejrzałe serce już się zrywa z gałęzi.



Jak sikorka

wylatuje z nich pierwsza wypłoszona

pierś dziewczęca,

pachnie pierwszą trawą,

po której boso biegły nasze pocałunki.

Starzejący się konkwistadorzy

podajemy usta wspomnieniom.

Próżno. Mijają nas i płyną dalej.

Przysłaniamy oczy: może zabłyśnie

jak żagiel na horyzoncie

i wystrzeli jeszcze złotym snopem fanfar?

Ach, z której strony,

skąd ją przywieją passaty?

Starzejący się konkwistadorzy, samolubni piraci,

przesłaniamy oczy:

może ujrzymy jej maszty?

Może ciśnie nam w nozdrza

słony zapach dali, krew i pot walk zwycięskich?

A może już tylko zimna,

mętna fala

zaleje nasze przerzedzone włosy?



Vojtech Mihálik

przekład Antoni Brosz

Genezis




Nie przeczytałem ksiąg mądrości

i nigdy ich nie doczytam.

Chłopięctwo moje, lata skąpane

w błękicie nieba, w trawach łąk

oblanych zielonym Wagiem,

śpią zamknięte w ciasnej izdebce.

Wróżbici uczyli mnie rozumieć świat,

tajemny, niepojęty lot ptaków,

uczyli bać się diabła,

zapalać gromnice

i w skrofuliczne oblicza świętych

nie spełnione szeptać pragnienia,

szeptać przez kwiaty konfesjonałów

nie popełnione grzechy.

Wróżbici wmawiali we mnie

doczesność niezmienną świata,

piekło wolnego rozumu

i nędzę ludzkiego bytu.

Przed burzą ksiąg zakazanych

czarną sutanną

niespokojną spowijali duszę,

co przeczuwała niespokojny huragan myśli,

sny burzycieli,

prawdę.

Sercem moim chcieli podpierać

spróchniałe nogi tronu,

na którym Bóg obojętny drzemie

w epoce kosmicznych lotów,

gdy śmiała materia, tnie przestrzeń

susząc moczary żyjącej głupoty

i skraca odległość między sercami,

uzdrawia i niesie światło.

Gdy helikoptery idą w zawody z aniołem,

koła Archimedesa znów świecą w piasku.

Gdy budzą się narody

otwieram oczy, otwieram uszy,

w spragnione zmysły

chłonę przepastne tony

ludzkiej odwagi,

rozumnej ludzkiej prawdy.



Dzięki ci mądry szatanie,

że w raju wygód i dozwolonych pragnień

natchnąłeś praojca naszego Adama,

by pod płomieniem mieczów

wszedł w świat walki i pracy,

i że mu dałeś zakosztować

cudownego jabłka poznania.



Vojtech Mihálik

przekład Antoni Brosz