Słyszałem dziś rano uporczywe i drażniące uderzenia w dywan
trzepany na podwórzu szpitala —
i musiałem myśleć o wszystkich sercach
uporczywie i gorzko kołatających
w zmurszałą deskę nadziei, nadziei na lepszą przyszłość,
która by nie łudziła, a niosła prawdę.
I musiałem myśleć o wszystkich ludziach, ludziach przepadłych i żebrzących
i o tych, którzy już żebrać nie mogą, znużeni niby ręka po wojnie,
musiałem myśleć o istocie zapartej wszystkimi drzwiami przed tymi,
którzy gadają przy jedzeniu, a którym przyszło oferować figurki skrzatów,
nici z dziewiczych koszul, lub lody z kwietniowego śniegu,
musiałem myśleć o tych, co się porozumiewają
z pobielanym grobami jedynie w gwarze prostytutek,
musiałem myśleć o wszystkich zawsze marzących i zawsze okłamanych,
tak że znają tylko gorycz pragnienia
i krowie placki miast majowego masła,
musiałem myśleć o wszystkich wieczyście oszukanych, co już niematerialni,
a tak niewidoczni, że są w każdej wilgotnej norze piwnicznej
i w każdym ciele, które długo już nic nie jadło
i zagrzewa swoje sine dłonie
u kuchennego ognia fantazji z gasnącym trzepotaniem płomienia,
musiałem myśleć o wszystkich desperatach, co się zatracają
w złudnej krzepie pijackiej
o wszystkich tych, którzy już tak nikli, że wręcz niedostrzegalni
w swym uniżeniu, zagłuszanym misternie kowadełkiem egoizmu,
musiałem myśleć o tych wszystkich, o których chyba zapytałby Bóg,
gdyby mu doniosły dzieci, gdyby dzieci radio opanowały,
gdyby dzieci nie były równie bezlitosne jak dorośli —
musiałem myśleć o wszystkich tych, o których mówi się, że są zagadkowi,
tymczasem chodzi przede wszystkim o dusze, nad którymi nikt się nie zmiłuje,
musiałem myśleć o bladych dziewczynach z nędznych sklepików,
gdzie trzeba świecić cały dzień, gdzie nikt nie zagląda
i gdzie się boją, gdy jednak czasem wstąpi ktoś kupić bułkę,
musiałem myśleć o tych, które przed wszystkimi zataiwszy poród
mają nieślubne dzieci z samotnością,
z palącą samotnością i cmentarnymi drzwiczkami,
podczas gdy los ma smak wina,
uderzającego przy śmiechu do nosa,
musiałem myśleć o gazeciarzach biegnących wzdłuż wagonu
z szpetną usłużnością gruźlika i świdrującym wrzaskiem,
o śpiewaczkach, które straciły głos
i dlatego powiększają wciąż krzykliwy dekolt,
o posługaczkach, które sprzątając u bogatych
mogą chodzić tylko boso i to jeszcze po rozrzuconych szmatkach,
aby nie zdeptać parkietu,
musiałem myśleć o wszystkich z kółkiem w nozdrzach,
o wszystkich wleczonych tam, gdzie są niezbędni jak sól:
w salinie, w warzelni, i na solnym placu,
tak, musiałem myśleć o tych wszystkich, wśród których jestem i będę,
dokąd będą zawodzące staruszki, które muszą błagalnie prosić,
oparte o dworcowy mur,
ach, tak, właśnie tam, gdzie inni najbardziej się spieszą —
i dokąd będą starcy, którzy stanowiąc już suche znaki żałobnej klepsydry,
jeszcze muszą żyć i ustami nieboszczyków gorliwie milczeć,
ach, tak, właśnie tam gdzie leniwi przechodnie zapomnieli o miłosierdziu
i dokąd będzie bieda z nędzą,
a obydwie jakby zawiedzione, ponieważ źle zrozumiane,
a dlatego źle zrozumiane, ponieważ przymusowe,
i dokąd będą biedacy, którzy z pychy oszczedzają
na trumnę i pogrzebowe pienia —
i dokąd będą nędzarze, którzy nie mają już nic,
którym los poskąpił nawet ostatniego grosza na mszę żałobną,
i którzy nie wiedzą, kiedy się urodzili i dlaczego jeszcze mają imię,
i którzy "w spokojnych czasach" są grzebani w skrzyniach po cukrze,
i których dzieci są grzebane w skrzyniach po mydle.
Vladimír Holan
przekład Michał Sprusiński
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz