Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Válek M. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Válek M. Pokaż wszystkie posty

Słonko




Żółknie zboże.


Słoma na kapelusze 


pięknie dojrzewa.


Leniwe dzięcioły stukają w drzewo.


Wszędzie na świecie znaczy to SOS.


W błękitnym powietrzu roztopił się las.


Kochankowie w nim siedzą z bladymi twarzami,


piją słonko z octem,


jedzą kwaśne jabłka,


rachują palce rąk i nóg,


cieszą się, że to na życie wystarczy.




Modry las. Nad lasem się chmurzy.


Z chmur nagle odłamała się błyskawica.


Ziemia się przechyliła.


Sosny uderzyły ciałem o ciało.


Tak się zlękłaś, że aż pociemniało.




A ja bym ci kupił


letnią burzę z kwiatami,


potulną błyskawicę, która by się w nich pasła.


Choćbym nie miał na chleb i na sól,


na odrobinę słonka miałbym.




Niczego ci nie wymawiam.


Ciebie każdy lubi.


Tobie to wszyscy z ręki wyczytają:




Gdy się uśmiechasz


wschodzą tęcze pawi


i tam, gdzie stąpniesz — źródła rzek.




Pożółkłe zboże.


Słoma na kapeluszu


właśnie dojrzewa.




Lecz ja chodzę z odkrytą głową


udręki pełną.




Miroslav Válek

przekład Michał Sprusiński

Jabłko




Stoczyło się jabłko ze skrzyni na ziemię.


Pakuj swoje manatki. Możesz sobie odejść.




Oparła się plecami o drzwi


I krzyknęła oczami:


Na Boga, proszę cię, nie!


Ale ja powiedziałem, że mam tego dość;


wstałem,


podniosłem jabłko,


zakurzone i jeszcze zielone


i położyłem je na stole.


Nie przestawała prosić,


podeszła do stołu,


płakała.


Patrzyła na mnie, wycierała jabłko,


płakała.


W końcu powiedziałem: Połóż to jabłko i idź!




Sprawa wzięła obrót taki jak przewidywałem.


To obojętne że w innym porządku.


Otworzyła drzwi,


zbladłem i powiedziałem: Zostań!


Ale spakowała swe rzeczy i odeszła.




Stoczyło się jabłko ze skrzyni na ziemię.





Miroslav Válek

przekład Antoni Brosz

Deszcz




To rozdzwoni się nad wieże w złocie kopuł,

to jak rzeki nurt wezbrany krzyczy w ucho.

Dzień deszczowy obszedł miasto wokół,

pluszcze głucho.



O czym myślisz w takiej właśnie chwili?



Myślę o tym, dlaczego tak myli

na rękawie twego futra znamię,

co mnie jak kamień ugodziło,

czyje wspierało ciebie ramię

i czy wyświechta czas naszą miłość.



Znowu dudni uporczywy rytm ulewy,

bębni w drzewa, bębni w każdy dach,

wystukuje moje smutki, moje gniewy,

wątpliwości, wszystek głupi strach.



To rozdzwoni się nad wieże w złocie kopuł,

to jak rzeki nurt wezbrany krzyczy w ucho.

Dzień deszczowy obszedł miasto wokół.

Pluszcze głucho.



Miroslav Válek

przekład Jerzy Pleśniarowicz

Lot w słońce [fragment poematu]




W zieleni ogrodów porzucona zrudziała czapka października.

Ziemia się mniej więcej trzyma swej orbity.

Wanad i mangan,

iryd i arsen,

ołów i jod,

i wszystkie pierwiastki jak w klasyfikacji

do pewnego stopnia praw dawnych słuchają.

Śpi trawa stepowa, wierzby słuchają

próżnych skarg wody,

oceany w biodrach jeszcze się kołyszą,

w gliniaku Ziemi pluszcze nafta,

a w spopielałym, drgającym powietrzu

powiesili skrzypce jesienne Paul Verlaine'a.



Anim dobrze nie słyszał tego płaczu.

Noc w ruch puściła swoje dynama,

coś mówisz do mnie,

nie rozumiem ciebie.



Wygasły gwiazdy,

za czworobokiem izby

miasto już stroi

piszczałki neuroz,

głęboko, głęboko,

aż na dno mojej studni

zstępuje strach.



A w górze, ponad nim,

naprzeciw nieba groźnego jak zbrodnia,

otwiera ciemność swój ciężki, czarny fortepian.

Znów ten koncert

strasznych kakofonii!

Allegro ma non troppo...

guajacuran, hysteps, thiamin forte!

Spać!



O szóstej rano,

gdy w czyste niebo syreny beczą jak stada owiec,

w otwartym oknie, w słońcu pojawia się mężczyzna.

Staje na palcach,

głową rozpiera powietrze,

słyszy prawidłowy, zgiełkowy chód miasta,

który nie ustaje ani na chwilę,

potem przeciąga się,

ramiona podnosi przed orkiestrą:

piano o piętro niżej

i jeszcze niżej kobiecy głośny śmiech.

Upadek anioła

czy lot Ikara ze słońca na ziemię?



A on tam leży bez hełmu, bez skafandra,

brawurowy pilot w pasiastej piżamie,

tak skończył swój karkołomny atak na asfalt,

komu przypomnieć może mężczyznę, który padł,

a komu anioła?



To tylko mały, doskonały lakiernik

kreślący z góry w dół swoją parabolę.



A miasto gra jak flet fakira,

nikogo nie przejął

cudaczny los cudacznego astronauty.

A miasto gra jak czarny patefon,

pomału kręci się plac z łabędziami,

w nieskończoność mi reprodukuje

wciąż tę samą muzykę swoich nóg.

Kula ziemska płynie w szerokiej przestrzeni

jak suknia wirująca wokół kibici Galiny Ulianow.



Mężczyzna z wiadrem w rękach zdrzemnął się na najwyższym szczeblu drabiny,

śni mu się Yma Sumac zmieniona w kolibra,

bez wahania, dalej, wspina się za gwiazdą.

Dla nikogo nie jest to sensacją,

dzień jest modry jak oko królika,

fantastyczny dzień,

a każdy powinien mieć swoją gwiazdę, swój sen,

swój lot w górę.



Ustąpcie z drogi mężczyźnie idącemu po krawędzi dachu.

Póki jeszcze trwa pęd ku słońcu

śmiesznie byłoby dzwonić na martwego.

Sam dobrze wie, co kryje w sobie lot.

Gdy zapragnie wzlecieć,

zrobi to...



Miroslav Válek

przekład Antoni Brosz