Pokazywanie postów oznaczonych etykietą milczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą milczenie. Pokaż wszystkie posty

O przeogromne morze




O przeogromne morze milczenia.

O niebiosa zmarłych.

Oto czuwa czas

jak gwiazda w każdym kamieniu.



Ciszą zamglona jodła

w której

soki lat

wschodziły i przekwitały.

Niewidzialna

pełnia serca.




przekład Stefan H. Kaszyński

Wczesne popołudnie




Cicho zieleni się lipa w zaczynającym się lecie

daleko uciekłszy miastom, trzepoce

matowo błyszczy księżyc dnia. Już jest południe

już promień porusza się w studni

już podnosi się spod czerepów

zmasakrowane skrzydło bajecznego ptaka,

i ręka zniekształcona od rzutu kamieniem

opada w budzące się żyto.

Tam gdzie niebo Niemiec ziemię czerni

ich anioł o ściętej głowie szuka grobu dla nienawiści

i podaje ci misę serca.



Garść bólu rozprasza się po pagórku.



Siedem lat później

znów ci przypomni się to

tam u studni przy bramie

nie patrz na samo jej dno

oczy by mgłą ci zaszły.



Siedem lat później

w domu żałoby gwar

podnoszą kaci wczorajsi

złocisty kubek do warg

oczy musiałbyś opuścić.



Już jest południe, w popiele

żelazo się gnie, na cierniu

zatknięto sztandar, na skałach

snu prastarego odtąd zostanie

przykuty orzeł.



Tylko nadzieja przykucnięta ślepnie od światła.

Rozluźnij jej pęta, sprowadź

po stoku w dół, połóż

swą rękę na jej oku, by jej

cień żaden nie spalił.



Tam gdzie ziemia Niemiec niebo czerni

chmura szuka słów i krater wypełnia milczeniem

zanim ją lato w skąpym deszczu usłyszy.



Idzie Niewysłowione, powiedziane cicho, przez kraj:

już jest południe.



Ingeborg Bachmann

przekład Stanisław Jerzy Lec

Księżyc i cis




To jest światło umysłu, zimne i planetarne.

Drzewa umysłu są czarne, światło niebieskie.

Trawy składają swój ból u moich stóp jakbym była bóstwem,

Kłując w kostki i szepcząc o swojej pokorze.

Dymne, duszne opary zamieszkują to miejsce

Oddzielone od mojego domu rzędem głazów.

Nie wiem nawet, dokąd można się tamtędy dostać.



Księżyc to nie jest brama. To twarz o własnym wyrazie.

Biała jak kłykieć i straszliwie niespokojna.

Ciągnie za sobą morze jak ponurą zbrodnię; jest cichy,

Ma usta otwarte w ostatecznej rozpaczy. Tu mieszkam.

W niedzielę dzwony dwukrotnie wstrząsają niebem,

Osiem potężnych serc potwierdza Zmartwychwstanie,

Na koniec wydzwaniając statecznie swoje imiona.



Cis mierzy w górę. Ma kształt gotycki.

Wzrok wspinając się po nim odnajduje księżyc.

Księżyc jest moją matką. Nie tak słodki jak Maria.

Spod jego niebieskiej szaty wylatują małe nietoperze i sówki.

Jak bardzo chciałabym uwierzyć w czułość —

Twarz wizerunku, złagodzona blaskiem świec,

Spogląda właśnie na mnie swymi dobrotliwymi oczami.



Spadałam z daleka. Chmury rozkwitają

Niebiesko i mistycznie nad twarzami gwiazd.

Wewnątrz kościoła święci będą niebiescy

Unosząc się na lekkich stopach nad zimnymi ławkami,

Ich ręce i twarze sztywne od świętości.

Księżyc tego nie widzi. Jest nagi i dziki.

A przesłanie cisu to ciemność — ciemność i milczenie.



Sylwia Plath

przekład Julia Hartwig


*


Księżyc i cis




Oto jest światło myśli, zimne, planetarne.

Drzewa myśli są czarne, a światło niebieskie.

Trawy smutki swe składają u stóp Bogu,

Kłując mnie w kostki, szepczą o pokorze.

Kłębiące się i zwiewne mgły tutaj mieszkają,

rząd nagrobków oddziela mnie od mego domu,

tak że nie wiem po prostu, jak się stąd wydostać.


Księżyc to nie drzwi przecież. To tylko twarz własna,

blada jak pięść człowiecza, gniewnie zaciśnięta.

Wlecze za sobą morze niby zbrodnię ciemną. Cichy,

spogląda na mnie w rozpaczy. Mieszkam tutaj.

Dwa razy tu w niedzielę dzwony budzą niebo

i osiem serc ogromnych zmartwychwstanie głosi.

Na koniec skrupulatnie wydzwaniając siebie.


Cis wystrzela ku niebu. Kształt ma wręcz gotycki.

Oczy biegną ku górze i znajdują księżyc.

Księżyc jest moją matką. Nie słodką jak Maria.

Niebieska suknia sieje sowy, nietoperze.

Och, jak bardzo chciałabym uwierzyć ja w tkliwość 

w tę twarz posągu bladą w świec świetle łagodnym,

co tylko ku mnie zwraca swoje słodkie oczy.


Jak daleko odeszłam. Chmury zakwitają

niebieskie i mistyczne ponad gwiazd twarzami.

Gdzieś w kościele ci święci staną się niebiescy,

płynąc na delikatnych stopach ponad zimną ławką,

twarze ich i ręce sztywne od świętości.

Księżyc tego nie widzi. Łysy jest i dziki.

Cis przesyła mi ciemność — ciemność i milczenie.



przekład Tadeusz Rybowski