Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczór. Pokaż wszystkie posty

Elegia 60-tych




Lato pachniało piłką, czarnym bzem, porzeczką,

w przedwieczornych krzakach całowały się pary,

i gdy dojrzałe słońce siadało za rzeką,

pachniały cichym deszczem kamienne trotuary.



Piłka leciała do niebios, nad antenami, lipami,

skórzane i kosmiczne ciało w równej mierze.

Z altan, spod winorośli cherubińskimi szlochami

wunderkind Robertino rozpychał się w eterze.



Mrok nagle zgęstniał, piłka w ciemności topniała,

zapaliły się lampy w ogrodach i na gankach,

i drzew się tajemnicza głębia objawiała,

odzywały się cienie na zblakłych firankach.



Piłka już nie krążyła:

                                  znikła gdzieś daleko.

Czasz przepełnione błękitne wodotryski

pulsowały nad parkiem, gdzie tańce co wieczór,

gdzie nocą karuzele i komety stygły.



Piłka zawisła w górze, i jak morza słone,

jak pustynie piaszczyste, lata się otwierały,

i karuzele skrzypiąc, smutne, opuszczone,

aż do rana się dla nas, jak świt, obracały.




przekład Bohdan Zadura

Wieczór




Te same gwiazdy

wyszeptały wieczór jak zwierzenie.


Latarnie wyszły z ciemnych bram na ulicę

i w powietrzu cicho stanęły.


Zmrok łagodnie przemienia przestrzenie.


Ogrody opuściły swoje drzewa,

szare domki znad rzeki — spłynęły.


W niskich brzegach śród olch płynie żal.


Tylko horyzont uchyla nieba

księżycom

i droga długo wiedzie we wspomnienie.


I twoje dłonie sieją między nami dal.




1930

Sponad



Na wsi




Siano pachnie snem

siano pachniało w dawnych snach

popołudnia wiejskie grzeją żytem

słońce dzwoni w rzekę z rozbłyskanych blach

życie — pola — złotolite



Wieczorem przez niebo pomost

wieczór i nieszpór

mleczne krowy wracają do domostw

przeżuwać nad korytem pełnym zmierzchu



Nocami spod ramion krzyżów na rozdrogach

sypie się gwiazd błękitne próchno

chmurki siedzą przed progiem w murawie

to kule białego puchu

dmuchawiec



Księżyc idzie srebrne chusty prać

świerszczyki świergocą w stogach

czegóż się bać



Przecież siano pachnie snem

a ukryta w nim melodia kantyczki

tuli do mnie dziecięce policzki

chroni przed złem




1927

Kamień


Gródek




Bory jesienne zmierzchem pobrzmiewają

zabójczym szczękiem oręża, parowy

złocone, modre jeziora, posępnie

nad nimi toczy się słońce; noc chwyta

w zwarte ramiona wojaków, śmiertelnie

w pierś ugodzonych, i okropną skargę

ich przełamanych ust.

Lecz z cicha w nieckę wieczoru nabiera

łąka rumianość obłoków, gdzie mieszka

bóg rozsrożony pod namiotem, krew

rozlaną z wolna w mrok przesącza, chłody

księżyca w misę cynową przelewa.

Gościńce czarne uchodzą w żałobność

zgniłą pod złotą siatką widnych gwiazd.

Cień rozżalony włóczy się przez półmrok

ogłuchłych gajów, by kroić herojów

i tulić w palcach ich rozbity czerep.

W wiklinie jęczy ciemny flet jesieni.

O, dumne ścięcie warg! Gładzone stopnie,

jak głazy chmurne, ów płomień wzburzony,

gniew, który spala oddech, kości wierci

bólem: o wnuków jeszcze nie zrodzonych.



Georg Trakl

przekład Stefan Napierski

Wieczorny spacer




Róż z nieba

zstąpił

pod ich kroki

zarosłe trotuarami,

zmieszane z pyłem asfaltów:

wkroczyli w szarość.


Ulica jest sama,

oddarta od szafiru nieba:

między nimi — obłok fioletowy

i czerwony ceglany mur.

Ulica, taśma szarego kamienia

z bezlikiem kroków.


Ludzie wtulają się w miłość

jak w bujną trawę albo gorzkie siano.


Żołnierskich rot kwadraty twarde

kroczą ulicą z różowej pocztówki,

pod nimi cofa się róż nieba

odliczanymi, dźwięcznymi krokami z metalu.



Debora Vogel

przekład Jerzy Ficowski

Godzina między




słońce w głowę zachodzi jak co dzień

co też będzie ze światem po zmroku

wieczór czyha w ogrodzie jak złodziej

i wiatr wietrzy w gałęziach niepokój



cieniom też wydłużyły się gęby

ale słońce gra jeszcze na listkach

a widnokrąg nim wbije w nie zęby

łyka ogień jak jaki artysta

jeszcze śmieją się wierzby płaczące

i topole żonglują wróblami

słowik ma nowy koncept na koncert

choć zdawało się przedtem że zamilkł



czapla siwa na boki się kiwa

w lustrze wody poprawia makijaż

aż mi trudno te chwile nazywać

taka dziwna ich pora niczyja



Nieszczęście doskonałe, 1987


Wieniec wieczornych promieni




Droga przed nami już szarzała w mroku,

Przez park runęły długie ciała cieni,

Lecz na listowie ciemnych twoich włosów

Wkładało słońce wieniec swych promieni:

Odbiciem ziemskim świateł był jedynie

Ów blask łagodny, który przecedzała

W zapach i ciszę w wieczornej godzinie

Wędrówka dusz, co rzeczy przenikała.



Zapach i cisza. Ten zapach tajemny

Lśnił w twoich włosach niebiańskim spokojem,

Nigdy mi los mój nie był tak przyjemny,

Blask się przez oczy sączył w serce moje:

I nie wiedziałem, i ktoś we mnie wątpił,

Czy ty tu jesteś, czy też głogu krzewem

Jest twoje ciało, w którym Bóg był zstąpił?

W listowiu jego duszy czuję drżenie?



W milczeniu długo stałem urzeczony,

Minuty przeszły, biegły lat tysiące,

Poczułem nagle twojej na swej dłoni

Dotyk i wzniosłem powieki mdlejące,

I czułem: znów mi do serca przenika,

Jak zmartwychwstała w ścierpniętych żył lochach

Krew, ta gwałtowna, wspaniała muzyka:

— Ziemskie uczucie: tak bardzo cię kocham!



Árpád Tóth

przekład Bohdan Zadura

Po deszczu




Z dachów spokojnie wznosi się dym.

Powietrze wypełnia woń zasmażki.

Wkrótce będzie wieczerza.



Niebo w modrym fartuchu,

z nosidłami tęczy na ramieniu

powoli zstępuje na ziemię



i na chwilę staje obok kobiet,

które przyszły do studni po wodę.



Vilém Závada

przekład Jerzy Pleśniarowicz

Idąc po Oxford Street, wieczorem







                           Blask słońca bije od zachodu

                           I od płynącej ściekiem wody,

                           I od szyb, co się lśnią wilgotnie,

                           I od mosiądzu w każdym oknie.

                           Blask też w gablotce się zwierciedli

                           Przed pełnymi śmiechu oczami

                           I zębami wytwornej damy,

                           Która się różuje i bieli.

                           To gorące bóstwo też bada

                           Szpary w drzwiach, do flaszek się wkrada

                           W aptece, przenika bez biedy

                           Tajnie ich, nad którymi niegdyś

                           Sam Arystoteles się głowił,

                           Boć istniało, nim nastał człowiek.



Olśniewa również oczy kogoś, co tu idzie

Na zachód, buchaltera, który niedowidzi

I do końca dni swoich nie znajdzie ścieżyny,

Co by go z tej ulicy wywiodła w świat inny.

Kroczy z głową spuszczoną, niczego nie wita

Z ciekawością i, czemu się urodził, pyta.



Thomas Hardy

przekład Zygmunt Kubiak

Czas zmroku to dobry czas




Czas zmroku to dobry czas.

Bezgranicznie słodki czas.



Nie jest to zależne od pory roku.

Z nastaniem zimy usiąść przy kominku,

w lecie — w cieniu wielkiego drzewa :

to jest zawsze pełne tajemniczego uroku,

to zawsze oczarowuje ludzkie serca.

Zmrok jakby wiedział,

że ludzkie serce

najczęściej

uwielbia ciszę i spokój,

więc mówi cicho, szepcze delikatnie.



Czas zmroku to dobry czas.

Bezgranicznie słodki czas.



Dla ludzi tchnących młodością

to pora wypełniona pieszczotą,

to pora przepojona słodyczą,

to pora podsycająca nadzieję,

a dla ludzi wyzbytych marzeń młodości,

gdyż je już utracili,

to pora słodkich wspomnień,

pora upajania się dawno przeżytymi snami,

ale też jest to pora miłego aromatu ich przeszłości,

której nie zdołali zapomnieć,

choć dziś w ich sercach wywołuje już tylko ból.



Czas zmroku to dobry czas.

Bezgranicznie słodki czas.



O zmroku

natura jakby zachęcała człowieka do spoczynku.

Wiatr łagodnieje,

milkną wszystkie odgłosy,

człowiek czuje się tak, jakby słuchał oddechu kwiatów,

nawet źdźbła traw dotąd kołysane wiatrem

nieruchomieją w jednej chwili,

a ptaszki chowają główki między skrzydła . . .



Czas zmroku to dobry czas.

Bezgranicznie słodki czas.



Horiguchi Daigaku

przekład Adachi Kakuzo

Muzyka w Mirabell




 
                                                           Arnold Böcklin, Faun i nimfa




Fontanna śpiewa. Chmury stoją

W błękicie czystym, zwiewne, białe.

I cisi ludzie idą rojąc

Wieczorem po ogrodzie starym.



Dawno już marmur przodków zsiwiał.

Klucz ptaków leci w dal tajemną.

I okiem patrzy faun nieżywym

Za cieniem, co uchodzi w ciemność.



Z starego drzewa liść czerwono

W otwarte wpada krążąc okno.

W izbie blask ognia rozjarzony

Maluje mętny strachu potwór.



Do domu biały Obcy przybył,

W rozpadłe wpada pies komnaty.

Zgasiła lampę dłoń dziewczyny

I słychać nocą dźwięk sonaty.



Georg Trakl

przekład Krzysztof Lipiński



Fontanna śpiewa. Chmury na kształt cieni

Stoją łagodne — w błękitnej pogodzie.

Spokojni ludzie chodzą zamyśleni

Cichym wieczorem po starym ogrodzie.


Wspina się marmur przodków poszarzały.

Ptactwo przeciąga w dal na wysokości.

Faun martwym okiem patrzy osowiały

Na cienie ślizgające się w ciemności.


Czerwone liście ze starego drzewa

Wirując wpadną w okno uchylone.

Blask ognia przestrzeń wokoło nagrzewa,

Malując widma trwogi nachmurzone.


Do domu wchodzi obcy człowiek biały.

Przez korytarze pędzi pies kudłaty.

Dziewka zgasiła lampę u powały

I ucho słyszy nocą dźwięk sonaty.



Georg Trakl

przekład Leopold Lewin

[Złowrogi jest wieczorny chłód...]








Złowrogi jest wieczorny chłód,

Ten wiatr, wyjący jakby w trwodze,

I tajemniczy słychać chód,

Jak trwożny tupot nóg na drodze.



Dogasający zorzy pas

Jak przypomnienie bólów życia,

Widomy znak, że zamknął nas

Fatalny krąg, nie do rozbicia.



Lipiec 1902



Aleksander Błok

przekład Jan Lechoń

[Ostatni błysk zachodu gasł...]








Ostatni błysk zachodu gasł,

Wiatr westchnął, ścichł. Dzień się dopalił.

Zza chmur miesięczny spłynął blask,

I zadźwięczała pieśń z oddali.



Porywy dawne, tchnienia muz

Wróciły znów, ożyły z dźwiękiem,

Lecz w sercu dźwięk ten w skargę rósł,

Żałobnym wtórząc jękiem.



To błysnął z łąk bóg przeszłych dni,

To nad złowieszczą błyskawicą

Żurawi klangor z chmur się wzbił,

Ku południowym mknąc granicom.



4 sierpnia 1900



Aleksander Błok

przekład Jerzy Liebert

[Ciemność się opuszcza z wolna...]




Ciemność się opuszcza z wolna,

Wchłania kształty mroczne tło;

Oto gwiazda już wieczorna

Pierwszą zabłysnęła skrą!

Wszystko chwieje się i gubi,

W górę umykają mgły;

Czarne głębin znacząc smugi

Głuchym snem jezioro śpi.



Tam od wschodu gdzieś migocze

Blask miesięczny — pełga dal...

Na wysmukłych wierzb warkocze

Przypływ prysł igraszką fal.

I poświata Luny blada

Mży przez cieni zwiewną sieć:

A w źrenice chłód się wkrada,

By na sercu ciszą lec.



Johann Wolfgang Goethe

przekład Stefan Zarębski

Zmierzch








Nad stawu dymiącą błoń

mrok z pola się przywlókł siny

i pije cicho, jak koń,

spokój wieczornej godziny.



Do wody przyłożył pysk,

pysk miękki, co mgłą się owił,

i spija ostatni błysk,

którym się woda różowi...



I pije, dopóki się da,

a świat do reszty nie zmierzchnie

i nie wypłyną od dna

gwiazdy na śpiącą powierzchnię.



Beata Obertyńska