Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpienie. Pokaż wszystkie posty

Zamyślenia





Pamięci mego ojca i mojej matki

II


Melancholia, tęsknota, smutek, zniechęcenie

są treścią mojej duszy... Z skrzydły złamanemi

myśl ma, zamiast powietrza przerzynać bezednie,

włóczy się jak zbarczone żurawie po ziemi.


Cóż, że zrywa się czasem i wzlatuje w górę

z smutnym krzykiem tęsknoty do sfer, kędy słońce,

nie śćmione wyziewami ziemi, jasno gore

i gdzie szumią obłoki z wiatrami lecące?...


Złamane skrzydła lecieć nie zdołają długo,

myśl spada i pierś rani o głazów krawędzie,

i znów wlecze się, znacząc krwi czerwoną strugą

ślady swej ziemskiej drogi — — i tak zawsze będzie.



1894

Poezje II


W mieście rzezi (fragmenty)




...Więc idź!  Lecz pierwej w miejsce serca włóż


zimny, nieczuły — bo z metalu — nóż.


Pójdziesz do miasta mordu, by rękami


własnymi dotknąć nie ostygłych ran,


by z pustki murów i rozwartych bram


krzyk "gwałtu!" runął pod nogi jak kamień,


byś nachylając się nad nim rozpoznał


krwią braci twoich pomazany bruk,


mózgi wdeptane w błoto, kał i brud,


by rozbrzmiewała ruin mowa groźna...


Kroku zaś nie przyśpieszaj. I nie omiń


niczego.  Policz dokładnie — tak trzeba —


każdy wygasły piec i każdy komin


jak czarna ręka wzniesiona do nieba.


Wdrap się na strychy. Przez dachy dziurawe


ujrzysz niemego firmamentu skrawek,


pod którym gody odprawiano krwawe,


do tańca topór, sznur i ogień grał.





A dołem — rzeka wezbranego pierza,


to  w nią się zapadł wątły ludzki raj


ze swym dobytkiem, nadzieją, mozołem,


w jej białym nurcie zapłonęły społem


życia strzaskane jak gliniane garnki


pod ciosem nienawiści i pogardy!




...Uciekasz? W stronę pogodniejszą zmierzasz?


Lecz  niebo cofnie się  przed tobą z drwiną,


słońce ci w oczy wbije ostre miecze,


akacje białe, ledwie się rozwiną,


kwieciem ci sypną w twarz czy suchym śmieciem,


aromat ciężki zatruje powietrze —


krwi czy kwitnienia? I tysiącem błysków


zatańczą tobie na pobojowisku


okruchy szkła. Gdyż  złączyć się w parę miłośnie


Bóg kazał rzezi i wiośnie.




Ogród rozkwitał, słońce świeciło —


rzeźnik uwijał się aż miło.


Nóż jego błyszczał — i ciekło ciurkiem


złoto z posoką...


Znów czmychnąć pragniesz? Popatrz: nad podwórkiem


wznosi się kupa gnoju — to tu dwu istotom


jedną siekierą odrąbano głowy:


Żydowi i jego kundlowi...


A dziś przydreptał tu łakomy wieprz,


rył, chrząkał, chłeptał ową krew zmieszaną.


A jutro znowu spadnie świeży deszcz,


wszystko do ścieku spłucze... Zresztą samo


ściekło już może wszystko, wsiąkło w glebę


głuchą — i krąży coraz głębiej, głębiej,


aż sokiem wróci do chwastów pod płotem...


A jutro znowu wzejdzie słońce złote,


jak zawsze, zgodnie z odwiecznym obrotem,


od wschodu wzejdzie, jakby nigdy nic,


jak zawsze, obojętnie, będzie lśnić...




Lecz nuże, dalej w drogę! Teraz niżej,


w piwniczną ciemność  wdrąż się, w czarną ziemię,


gdzie łoża gwałtu, stęchłe, mroczne nisze —


zejdź tam i zobacz, i podźwignij brzemię,


jak podźwignęła je niewinność lilii,


kiedy w dziewięciu na nią się zwalili.


Na oczach matki brali córkę drżącą,


na oczach córki — matkę... Z dziką żądzą,


przez krew, którą przelali, podsycaną,


tu bezcześcili je... Spójrz, pod tą ścianą —


zmięte poduszki, na nich plamy krwawe


i inne... Tutaj motłoch miał zabawę...


Gdybyś był przy tym... O, szczęście, żeś nie był...


Spójrz, w tamtym kącie, pod beczką, pod skrzynią,


ukryci, kuląc się, wstrzymując dech,


ojcowie, bracia, mężowie — do nieba


zwracali prośby: "Panie, uczyń, niech


mnie nie dostrzegą, oszczędzą, ominą..."


A na odległość wyciągniętej ręki


trwało miotanie się ciał, skrupulatnie


młóconych przez szubrawców... Ból i jęki,


i wstręt duszący, i spazmy ostatnie...




Oni widzieli to, oni słyszeli,


oczu nie wyłupili sobie, nie zatknęli


uszu, o mury głów nie roztrzaskali,


nie zmarli z bólu i nie zwariowali..


A skoro jakaś nieszczęsna po wszystkim


ducha nie wyzionęła — i do życia


wrócić się ośmieliła, by nieczystym


istnieniem Boga obrażać i ludzi —


on, jej małżonek, wylazłszy z ukrycia,


w podzięce czołem bił przed Wiekuistym,


po czym rabina roztrząsaniem nudził,


czy dalej godzi się żyć ze zbrukaną...


Lecz naprzód! Teraz przed oczyma staną


wszystkie te schowki, schrony, mysie dziury,


te kupy gnoju, chlewy i kloaki,


gdzie uciekali, wciskali się, gnietli,


jeden na drugim w szparce lada jakiej,


pluskwy spłoszone, wykurzone szczury,


których przodkami — wojownicy świetni,


Machabeusze, wieczni ofiarnicy...


a ich wnukowie, w dniu rzezi, w ciemnicy


Boga chwalili, po czym, wyciągnięci,


ginęli wśród szyderstwa i tortury...


To bracia twoi... Zachowaj w pamięci


śmietniki, co śmiertelnym były łożem


i grobem... Płaczesz? Lecz to nie pomoże.


I darmo dłonią zasłonić chcesz twarz.


Idź dalej, suche miej oczy — i patrz.




Oto masz szopę, gdzie obok ofiary


śpi zbir upity krwią: chrapliwie dysze,


poci się... Wokół potrzaskane wozy,


tu z siana sterczy połamany dyszel,


tu rozłupane koło palce szprych


ku szyi czyjejś wyciąga... Koszmary


wstają spomiędzy martwego bezładu,


gdy snop promieni zakrwawionych swych


słońce rozepnie po zachodniej stronie


i blask niesamowity miejsce grozy


prześwietli... Ściśnij łomocące skronie,


wejdź i zapadnij w ten widmowy padół.


...To każdy szelest przenika — i ciszę,


unosi się w powietrzu nieruchomym,


oblepia ściany, trwa wiecznym pogromem,


wiecznym rzężeniem, wołaniem, zgrzytaniem 


ciał, co skonały, wciąż nowym konaniem.


Wsłuchaj się w obrót kół nieustający,


skrzypienie drewna, chrzęst miażdżonych kości...


Krew tu nie krzepnie, czas nie zna litości,


rana zadana bez końca się jątrzy...


I coraz niżej i niżej opada


czarny baldachim bezbrzeżnej rozpaczy,


głowę ci każe ugiąć, wołać "biada!" 


lecz milcz!... Ktoś jest jeszcze tu obok ciebie,


w mrok zamkniętymi źrenicami patrzy


i widzi wszystko... Na obcym pogrzebie


gość zbłąkany, przybysz z innych krain?


Skąd w nim ta męka jest niewysłowiona,


ten smutek niewymowny, co go trawi?


Pustkę chwytając wyciąga przed siebie


w bolesnym geście wychudłe ramiona


i ciemność maca ślepymi palcami...


Poznajesz? On to — wielki duch cierpienia,


który sam siebie spętał łańcuchami,


sam siebie skazał na wieki udręki,


zatrzasnął wrota własnego więzienia


i w krtani zdusił, nim zabrzmiały, jęki...


On to jest obok w tym przybytku zgrozy,


między ścianami głucho się kołacze,


chciałby zapłakać — ale nie zapłacze,


i dławią, dławią nie przelane ślozy...


Jest wszechobecny — i miejsca nie znajdzie,


śmiertelnie utrudzony Boży Duch,


zaś czarna aureola jego znakiem,


kiedy szybuje ku ofiarom, w dół...


.    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .


Oto głos Jego: Przybliż się, człowieku,

ucisz wahanie, szamotanie, bunt.

Niech duszę twą napełni po wiek wieków,

tych, co tu leżą, dojmujący ból.

Skoro zaś wchłoniesz umarłych milczenie,

dotknij ich — wstaną i przemówią cienie.

Pójdź tedy, aby w każdej świata stronie


zostać ich echem hucznym i wytrwałym,


i bezimiennym, bo imię... cóż po nim


tam, gdzie jedynie trupów krwawe zwały?...


Pójdź tedy. Z miasta wymknij się cichaczem


i wyrusz szlakiem odwiecznym, tułaczym,


drogą przez cmentarz  — tutaj nad grobami


świeżymi stań i skamieniej:


tego pomnika przemoc nie obali —


i nie umai zadośćuczynienie...


I w drogę, w drogę!... Nie zgrzytaj zębami,


nie rycz jak wół sprowadzony do rzeźni,


milcz trwając tutaj — wołaj idąc w drogę 


bo cóż masz dla nich, cóż możesz... Cóż mogę


i ja, nieszczęsny duch, którym był przez nich


z czołobitnością nazywany Bogiem?


I ty, przechodniu, i ja — nic nie mamy


i nic nie damy — i łzy zatrzymamy...


Ja, Bóg, przychodzę do tych martwych kości,


i zawstydzenia pełen i pokory


proszę, by w swojej wspaniałomyślności


odpuścić mi zechciały wszystko — gorycz


całego życia, nędzę, poniżenie


i śmierć gwałtowną, i ciał pohańbienie...


Bo skoro zapukają do mych wrót,


niebieskiej oczekując zapomogi,


rozłożę ręce — spójrzcie, jestem Bogiem


jak wy żałosnym i jak wy ubogim,


i nie odmieni tego żaden cud...


To jedno, czy przeze mnie, czy beze mnie 


żyliście i ginęli nadaremnie...


Za nic i po nic wasz ból oraz trwoga...

W chmurach się schowa siwa głowa Boga

ze wstydu, ale nic ponadto... Nic!

Tak będzie zawsze, jak było od wieków...

Wielki jest ból i hańba — które z nich

większe? — czy zdołasz powiedzieć, człowieku?...


Ach, milcz już lepiej, syny Adamowy,


niech świat nie wydrze z ust świadka-niemowy,


żeś spotkał dzisiaj Boga samotnego


i bezsilnego, i bardzo smutnego...


Weź tylko małą cząstkę żalu mego,


do tego — gniewu domieszaj trucizny

i w twarz żyjących jeszcze trupów ciśnij...






Wczesne popołudnie




Cicho zieleni się lipa w zaczynającym się lecie

daleko uciekłszy miastom, trzepoce

matowo błyszczy księżyc dnia. Już jest południe

już promień porusza się w studni

już podnosi się spod czerepów

zmasakrowane skrzydło bajecznego ptaka,

i ręka zniekształcona od rzutu kamieniem

opada w budzące się żyto.

Tam gdzie niebo Niemiec ziemię czerni

ich anioł o ściętej głowie szuka grobu dla nienawiści

i podaje ci misę serca.



Garść bólu rozprasza się po pagórku.



Siedem lat później

znów ci przypomni się to

tam u studni przy bramie

nie patrz na samo jej dno

oczy by mgłą ci zaszły.



Siedem lat później

w domu żałoby gwar

podnoszą kaci wczorajsi

złocisty kubek do warg

oczy musiałbyś opuścić.



Już jest południe, w popiele

żelazo się gnie, na cierniu

zatknięto sztandar, na skałach

snu prastarego odtąd zostanie

przykuty orzeł.



Tylko nadzieja przykucnięta ślepnie od światła.

Rozluźnij jej pęta, sprowadź

po stoku w dół, połóż

swą rękę na jej oku, by jej

cień żaden nie spalił.



Tam gdzie ziemia Niemiec niebo czerni

chmura szuka słów i krater wypełnia milczeniem

zanim ją lato w skąpym deszczu usłyszy.



Idzie Niewysłowione, powiedziane cicho, przez kraj:

już jest południe.



Ingeborg Bachmann

przekład Stanisław Jerzy Lec

[Czy to możliwe, że ta nieślubna para...]




Czy to możliwe, że ta nieślubna para z dorosłym już synem się

rozpadła? — Niewątpliwie. — Życie było silniejsze. — Wyczerpali

wszystkie spojrzenia i wszystkie łzy. — Kochali się. Rozdzierali się.

Zobaczyli się nagle w innym świetle. — Musimy się rozejść. —

Odejdziesz, wołały pociągi pod wiaduktami. — Pójdziesz sobie,

śpiewały dzwony w miastach.

      Ojciec spotkał się z synem. Miał brudną plamę na twarzy i był

nieogolony. — Gdzie indziej widziano przechodzącą córkę. Niosła coś na

kształt gitary.

      Gdzie te czasy kiedy matka biegła do okna by patrzeć jak jej dziecko

oddala się aleją... Uwielbiali się. Wyczerpali się.



      Z jaką przyjemnością rani się nawzajem...

      Takie myśli sprawiają, że się patrzy czy to drugie już krwawi...

      Ach, te wzruszające słowa, od których się blednie...



      Uwielbiali się. Rozeszli się.



Léon-Paul Fargue

przekład Jerzy Lisowski

Zdarzyło ci się czasem




Zdarzyło ci się czasem, gdy mglisto dokoła,

Żebyś jak król posępny, smutny jak kochanek,

Spoglądał na ocean, który księżyc woła,

A on rośnie mistycznych potęgą zachcianek?

Febe z niebiańskich wyżyn, łagodna i hoża,

Pieści wzrokiem ów żywioł, co w głębi spiętrzony

I z pomrukiem miłosnym, do mszystego łoża,

Zda się, chciałby ją ściągnąć gniewnymi ramiony.

Tak samo w gorzkiej nocy, o Febe z opalu,

Szukając stąd — z tych nizin — twych oczu płomienia,

Czarnowłosa kochanko, przesłodka w swym żalu —

Tak piętrzy się ku tobie toń mego cierpienia.



Alphonse Esquiros

przekład Janusz Strasburger

Stłuczony wazon




Wazon ze schnącą w nim werbeną

Pękł pod wachlarzem czyjejś dłoni;

Choć lekko tak draśnięty jeno,

Że nawet skargi nie uronił.



Ale głębokie rozszczepienie,

Codziennie szerząc się pomału,

Zwycięsko, choć niepostrzeżenie

Obeszło cały krąg kryształu.



Uszła kroplami woda świeża,

Brak kwiatu treści, w niej ukrytej,

Niech nikt swym oczom nie dowierza:

Nie dotykajcie, wazon zbity.



I często też kochana ręka

Tak muśnie, że krwią serce spłynie,

A potem coraz głębiej pęka

I kwiat miłości jego ginie.



Wciąż całe dla ludzkiego oka,

Płacze, rosnącą czując ranę,

Co niewidoczna, lecz głęboka:

Nie tknijcie go — już jest strzaskane.



Sully Prudhomme

przekład Jan Opęchowski

Aniołowie nocy




Aniołowie z dymiącymi dzbanami

wlewają w mroźną ciemność

roztopione srebro


Na próżno chcesz wyrazić ból

cudzy i własny —

Głębia jest niema...


To tak jakbyś próbował z kadłuba nocy

wydobyć sztyletem

lśniące kształty



Jiří Hauber

przekład Andrzej Babuchowski

Musée des Beaux Arts




W sprawach cierpienia nigdy się nie pomylili

Starzy Mistrzowie: jak dobrze rozumieli jego człowiecze

Miejsce w świecie; to, że się zdarza zawsze w tej samej chwili,

Gdy ktoś inny je, wietrzy izbę, albo gdzieś się ospale wlecze;

Że, kiedy grono starców przyklęka ze czcią i nieśmiało,

Czekając cudownych narodzin, muszą pętać się też na uboczu

Dzieci, którym specjalnie na cudzie nie zależało,

Więc gonią się, rumiane, pod lasem na ślizgawce;

Mistrzowie nigdy nie tracili z oczu

Faktu, że najstraszniejsze męczeństwo spełnia się zawsze

Gdzieś w zapuszczonym kącie najdalszego planu,

Gdzie psy są wciąż zajęte psim życiem, a koń oprawcy

Ociera swój niewinny zad o pień platanu.



Taki na przykład "Ikar" Breughela: ta flegmatyczna swoboda,

Z jaką wszystko odwraca wzrok od tragedii; oracz opodal

Mógł słyszeć plusk i samotny krzyk, ale uznał, że trzeba

Machnąć ręką, że nie był to ważny upadek; słońce

Rzucało normalny blask na białe nogi, niknące

W zieleni wód; a misterny statek, precyzyjnie prujący fale,

Choć widział ten dziw: młodzieńca spadającego z nieba,

Miał swój punkt docelowy i płynął spokojnie dalej.




Elegia XII. Na rozłąkę z Panią swoją








Skoro musi odjechać — przyjdź nocy pochmurna,

Okryj ciemnością rękę, co się pióra

Ima, i piekło moje okryj cieniem,

Jeśli mam zostać sam na sam z cierpieniem.

Cóż, żadna magia tego nie dokaże:

Cieniem bólu jesteście, wy i piekła wasze.

Jeśliby Cyntia wzrok zasnuła jasny

I Wenus zgasła i gwiazdy pogasły,

Nie mógłbyś bodaj ni jednej tak ciemnej

Myśli sformować jak te, co są we mnie

Mógłbym ci własną czerń oddać i rzec ci,

Iż nigdy więcej słońce nie zaświeci,

Tak bardzo łaknę jasnego widoku —

Jeśli mój ogień nie rozciąłby mroku.

Miłości, która ogień łączysz z cieniem,

Czy musisz triumf przeplatać z cierpieniem?

Czy ślepa będąc, nie chcesz by widzieli

Się umęczeni, których los rozdzielił?

Czy łamiąc kołem, doznajesz uciechy,

Postrzegłszy w bólu Śmierć jeno i Grzechy?

Może jakiego rytuału w trwodze

Nie spełniliśmy, więc karasz nas srodze?

Nie, całą winę przyjmuję na siebie,

Lub widzę raczej, iż zrządzono w Niebie,

Bym cierpiał (dotąd bowiem nie cierpiałem,

Kochając inne dla formy kochałem).

Szybciej, niż może być wypowiedziane,

"Jabłko ze złota" — będzie mi zabrane.

Albo w strumieniu jak gdybym zobaczył

Jabłko i we śnie odchodził — bogatszy.

Tyżeś, miłości, ślepa; bowiem widzę,

Że karasz za mnie moją gołębicę;

Jeśli cierpieniem gniew twój mam przebłagać,

Czemu z mym losem jej każesz się zmagać?

Tak ślepe prawo, kiedy w faworyta

Uderzy, innych o winę nie pyta,

Grabi przyjaciół, pali dom i mienie.

Żali nie dosyć, że we krwi płomienie

Nam roznieciłaś? Pożądanie budzisz,

Szydzisz z płonących i majakiem łudzisz,

Każesz nam skwierczeć, żarzyć się i płakać

Na koniec sama w nasz ogień chcesz skakać.

Żali nie dosyć, żeś wyprowadziła

Nas w góry ciemne i samych rzuciłaś?

W nędzy w zasadzkach szpiegi czyhające

I ponad nami oczy górujące

Twojego męża — płomieniem zazdrości

Sycą się; my zaś, czy ścieżką wierności

Nie szliśmy? Straże, jak szpiega na szpiega

Nasławszy, zalim cię przy nich oblegał?

Kradliśmy przecie słodkie chwile szczęścia,

Spotkania, pocałunki, dotyk i objęcia.

Cień obojętny w zdawkowych respektach,

Łamiąc języki we wszystkich dialektach,

Mrugnięciem, gestem albo pod stołami

Dalekim słowom przeczący stopami.

Czyż po to były wszystkie sztuczki owe,

By serca biły jak dzwony spiżowe?

Czyż po to w czyśćcu przeszliśmy męczarnie,

By naszą powieść zakończyć wulgarnie?

Przedtem niech oczy, jak śruby przeszyją

Mózg, niechaj wargi w wargach się ukryją;

Niechaj ramiona jak bluszcz przerośnięte,

Zetną się, mrozem strachu przymarznięte,

Aż los, na ciała od siebie oddarte

Tryśnie krwią z oczu przemocą otwartych.

Gdyż nie uwierzę, mimo oskarżenie,

By zło tak wielkie wzięła na sumienie

Miłość; los raczej.

Obelgi nie godzien

Swym własnym wstydem ukarany zbrodzień.

Czyń, przyjacielu, zło swoje! Gotowy

Jestem cios przyjąć i odbić cios nowy.

Rwij nas na sztuki! Nie zdołasz rozdzielić

Dusz, dzieląc ciała. Nie zdołasz nadziei

Zabić! Zostaną listy i marzenia,

Sny, upominki, i łzy, i westchnienia.

Miłość zna wiele sztuczek, więc bez końca

Patrząc w promienie ożywczego słońca,

Ciepło urody jej będę dostrzegał;

W powietrzu miękkość jej ciała białego,

W ogniu jej czystość, przejrzystość we wodzie.

Zaś w ziemi stałość; urodę w urodzie.

I czas nie zatrze naszych przeobrażeń:

Wiosna przypomni smak najpierwszych wrażeń,

Lato dojrzałość miłosną, szczęśliwa

Jesień znów ciężar złocistego żniwa.

Zimy nie wspomnę; wykreślimy zimę!

Na złość losowi zniszczę ją, ominę!

Skoro odjeżdżasz, najdroższa, noc ciemną

Rozzłoć mi słońcem, nadzieją bądź ze mną;

Ciężar jest lżejszy, gdy lżej go znosimy.

Choć chłód i ciemność wokoło widzimy,

Wiem ja, iż Febus wszytek blask rozdaje

I choć nie każdy równą część dostaje,

Świat, w masie swojej, cieszy się i wszystek

Blask zachowuje na wspólny użytek.

Bądź zawsze sobą; nie pozwól żałości

Zniszczyć urody, zdrowia i młodości.

Wydaj losowi walkę, niechaj mieczem

Będzie ci stałość, a wzgarda puklerzem;

Iżbym rozkochał się w myślach, znalazłszy

Odbicie swoje w zwierciadle łaskawszym;

Tedy przysięgam, pragnąc cię ucieszyć,

Czynami słowom gorącym nie przeczyć;

Przedtem Bieguny wyruszą z przystani,

Wpierw zmienią serce, niż myśli, o Pani!

Jeślibym ochłódł w moim pożądaniu,

Wiedz, że ruch Niebios uległ zatrzymaniu,

Iż ogień zakrzepł; mógłbym opowiadać

Dłużej, lecz słowo nieufność sprowadza;

Powiem więc tylko, iż tak cię miłuję,

Że mniej od ciebie w tobie nie przyjmuję.



William Blake

przekład Jerzy S. Sito

Gdzie bądź, gdziekolwiek...




"Gdzie bądź, gdziekolwiek, byle z tego świata!"

Nazbyt tu wiele złego i cierpienia — —

tak krucha tylko przedziela nas krata

od wyzwolenia.



"Cokolwiek będzie, nie może być gorzej!"

Więc jeden tylko ruch, szarpnięcie jedno,

a krata pęknie — — i czegóż się trwoży

duch, lica bledną?



Kto wypił wszystkie tej ziemi gorycze,

czuł wszystkie ciernie życia wbite w skronie,

czyż ma go trwożyć widmo tajemnicze

świata po skonie?



Tam — — tam być może pustka za mogiłą,

wszystkie cierpienia umilkną w niebycie,

a choćby samo tylko piekło było,

"wszak nim jest życie".



I czegóż trwoży się dusza i wzdraga?

Jeżeli piekło — czyż z piekła iść trudno?...

Na czoło drżącą dłoń kładzie odwaga,

a lica chłódną.



Przymknąwszy oczy, dusza widmu śmierci

nie chce w twarz patrzeć, nędzna, wzgardy godna — —

niech cię więc życie na wskroś bólem wierci!

Pij czarę do dna!



Pij czarę do dna i wij się w boleści,

czuj, jak ci serce, mózg pęka na ćwierci,

i drżyj z obawy, czy już nie szeleści

cichy krok śmierci?