Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prowincja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prowincja. Pokaż wszystkie posty

Loamshire




Gospodarka tutejsza podupadała całe lata

Ponieważ większa część mieszkańców to poeci

Którzy hodują tymianek polny albo bagienne asfodele

I wykazują coraz mniejsze zainteresowanie

Ukrytym znaczeniem roślin okopowych.



Eksplozja demograficzna pogarsza tylko sprawę

Na przekór sławnym dziś, ostatnim słowom kogoś

Kogo na śmierć przejechał jego pierwszy traktor,

Czy też zgonu innego, który kopytem końskim

Został wtrącony w stan wieczystej nieświadomości —



Obaj zmarli z uśmiechem: teraz pusta stajnia

Gdzie wzmaga się nastrój malowniczego

Spustoszenia, tudzież popsuta maszyneria

Z której na resztę sprzętów spadają płatki rdzy, tkwią

Niczym święte miejsca jakiejś wytrwałej pielgrzymki.



Praktyka religijna wymaga ckliwych

Ofiar i zupełnego wytrzebienia

Takich zwierząt domowych jak świnia i koza,

Toteż najczęstszym pożywieniem stała się

szynka z borsuka, czasem pieczony jeż,



Albo, w sezonie, jaskrawe jagody

Oraz bezbronne jaja rzadkich gatunków —

Podpatrywanych gołym okiem i przez łapczywe szkła —

Kiedy na wiosnę tracą pamięć i wracają

Do gniazd wśród nagich pni, bezlistnych żywopłotów.



Liczba emigrantów zwiększyłaby się zapewne

Gdyby szosy nie przejawiały owej smutnej skłonności

Do zanikania w pozarastanych drogach bocznych,

Co wiją się w meandry wśród nieścisłości drogowskazów,

I gdyby nie niemożność zlokalizowania,



Jeśliby nawet było ono pożądane, stolicy

Hrabstwa, czy też jakiegoś ośrodka administracji,

Co skupiłby niewielkie rozproszone gospodarstwa

I zredukował niechlujnie wytyczoną granicę

Do rangi zagadnienia o znaczeniu międzynarodowym.



Michael Longley

przekład Piotr Sommer

Miasto widmo




Umiejscowiłem je, moje widmowe miasto —

Obszar wieczystych popołudni,

Smętnych domów, kos rdzewiejących w strzesze

I jakże częstej chwiejnej uległości

Wobec objęć bagna, kosmyków wełnianki.



Do nielicznych mieszkańców należy pustelnik

O jednej kozie i dwóch kociołkach, trwający

Dalej wśród orlicy, nerwowa stara panna

Która pilnuje poczty, latarnik

Co wychodzi na dwór, żeby odebrać prowiant.



Jako że nikt się jeszcze za to nie wziął,

Odnowię szyld z napisem KINO

i wydobędę z pogranicza widoczności

Wyblakłe zdjęcia z ostatnich niemych filmów:

Zostanę miejscowym ekscentrykiem —



Już usunąłem się w cień, by uzupełnić

Rozliczne luki w moim wykształceniu:

Cechy klimatu, garść zapomnianych

Melodii pentatonicznych, a z czasem

Słowa dialektu na oznaczenie części ciała.



Z taką ilością pracy rzeczywiście

Nie potrzebuję żadnych przyjaciół ani krewnych —

Chociaż nim zdążą uznać mnie za swego

(To sprawa reputacji i własnego pola)

Napiszę jeszcze jeden list do domu.



Michael Longley

przekład Piotr Sommer

Tutaj




Zboczyć na wschód — od tłustych, przemysłowych cieni

I aut, które na północ bez ustanku jadą,

I mknąć wśród pól, zbyt marnych, pełnych ostów, żeby

Zwać je łąkami; z rzadka stacja z szorstką nazwą,

Robotnicy o świcie; zboczyć, gdzie samotność

Nieba, strachów na wróble, bażantów, zajęcy,

I niespieszna obecność rozlanych wód rzecznych,

Ślady mew w lśniącym błocie, spiętrzonych chmur złoto,



Wszystko, co w niespodziankę miasta nagle wzbiera:

Tutaj gęstwa pomników, wież, dźwigów i kopuł

Przy tłoku burt na wodzie i resztkach obroku,

A ludność przez wzniesione niedawno osiedla,

Przez długie, martwe mile jedzie w płaskonosych

Trolejbusach, by pchać się przez drzwi kryształowe

Do swych marzeń: mikserów, pralek, tanich okryć,

Butów w szpic, lodów, garnków, tosterów i kołder.



Tłum za pół ceny, miejski, lecz prosty, żyjący

Tam, gdzie brnie tylko krewny lub komiwojażer,

Wewnątrz szczelnie zamkniętej, rybami cuchnącej

Sielanki konsulatów, punktów tatuażu,

Złych żon w chustkach; gdzieś poza wznoszonym dopiero

Hipotecznym przedmieściem zagony pszenicy

Bujne jak żywopłoty, kryte cieniem bystrym,

I osobne osady, gdzie wycofanemu

Życiu świeci samotność. Tutaj cisza stoi

Jak skwar. Tutaj rośnie liść niedoglądany,

Skryty chwast kwitnie, toczy się nurt zaniedbany

I wstępuje powietrze zaludnione rojnym

Światłem; a za makami błękit obojętnej

Dali za żwirem plaży jest gwałtownym końcem

Lądu. Tutaj istnienie mieszka nieobjęte:

Milkliwe, niedosiężne, twarzą w twarz ze słońcem.



Philip Larkin

przekład Jacek Dehnel

W miasteczku








Markowi Chagallowi



W miasteczku konie

po nocach żrą księżyc.

W miasteczku sen

jest mocniejszy od jawy.

Krowy niosą w pyskach

bańki z mlekiem,

a mleczarze

zamiast pieniędzy

liczą gwiazdy

i płatki śniegu.

W staromodnych ściennych zegarach

chowają się godziny

przeszłe, obecne i przyszłe.

Wszystko, co niewidzialne,

tu widzialne.

Dźwięki skrzypiec lecą po niebie

jak ptaki.

Narzeczeni znaleźli w sobie noc

piękniejszą od dnia.

Nie ma śmierci,

są tylko obłoki,

przelotne obłoki.



Piotr Płaksin. Poemat sentymentalny








1



Na stacji Chandra Unyńska,

Gdzieś w mordobijskim powiecie,

Telegrafista Piotr Płaksin

Nie umiał grać na klarnecie.



Zdarzenie błahe na pozór,

Niewarte aż poematu,

Lecz w konsekwencjach się stało

Główną przyczyną dramatu.



Smutne jest życie... Zdradliwe...

Czasem z najbłahszej przyczyny

Splata się w cichą tragedię,

W ciężkie cierpienie — bez winy.



Splata się tak niespodzianie,

Jak szare szyny kolei,

W rozpacz bezsilną, w tęsknotę,

W bezbrzeżny ból beznadziei.



Jak odchodzące pociągi,

Jest jednostajne, codzienne,

Jak dzwonki trzy, wybijane

W słotne zmierzchania jesienne...



Przez okno spojrzy się czasem

W szlak dróg żelaznych daleki,

Dłońmi się czoło podeprze

I łzami zajdą powieki.



2



Otóż przy jednym z tych okien,

Przy aparacie Morsego,

Siedział Piotr Płaksin i — tęsknił,

A nikt nie wiedział, dlaczego.



Ani Iwan Paragrafow,

Kasjer na stacji, chłop z duszą

(Ten, co się zeszłej jesieni

Żenić miał z panną Katiuszą).



Ani Włas Fomycz Zapojkin,

Technik, co ma już miesięcznie

Przeszło sto rubli (bo umie

Naczalstwu kłaniać się wdzięcznie).



Ani Ilja Słonomośkin,

Młodszy kontroler na stacji,

Co gwałtem chce do miejscowej

Wcisnąć się arystokracji.



Ani nareszcie nie wiedział

Sam pan naczelnik Rubleńko,

Prokofij Aleksandrowicz,

Co wypić lubił "maleńko".



A jeśli sam zawiadowca

— Figurra znana w powiecie —

Nie wie, to chyba nikt więcej

Nie może wiedzieć na świecie.



3



A jednak były osoby,

Które wiedziały co nieco:

"Szersze lja fam" powiadały,

Czyli: za sprawką kobiecą.



Wierzyć po prostu nie chciałem,

Choć mi Warwara Pawłówna

(Konduktorowa) mówiła,

Że to przyczyna jest główna.



Mówiła w wielkim sekrecie,

Że to jest rzecz oczywista:

Że się w kimś kocha na stacji

Piotr Płaksin, telegrafista.



Święte ugodniki boże!

Batiuszki! Co za zdarzenie?!

Kogóż to kocha Piotr Płaksin?

Tanię, Anisję czy Żenię?



Olgę? Awdotię? Natasję?

Wierę? Aniutę? Nataszę?

Może Maryję Pawłównę?

Może Siemionową Maszę?



— Kogo?! Tę Polkę z bufetu?!

Hospodi! Świat się przekręcił!

... A Płaksin siedział przy oknie

I tak jak zwykle się smęcił.



4



Na stacji Chandra Unyńska,

Gdzieś w mordobijskim powiecie,

Technik, Włas Fomycz Zapojkin,

Przepięknie grał na klarnecie.



Czasem tak smętnie, jak gdyby

Trawił go żal najstraszniejszy...

A wtedy grywał przeciągle:

"Ostatni dzwonek dzisiejszy..."



Czasem prześlicznie i słodko,

Jakoś łagodnie i czule;

A czasem dziko, wesoło:

O samowarach i Tule.



A pannie Jadzi z bufetu

Serce z wzruszenia aż mięknie,

Szeptała często: "Włas Fomycz,

Pan gra tak cudnie... tak pięknie..."



A technik wąsa podkręca

I oczkiem zdradnie jej miga:

"Jej-Bogu, głupstwo zupełne,

To dla was, panna Jadwiga!"



Ach, wzdycha Jadzia do grajka,

A grajek zwodnie jej kadzi,

I wzdycha jeszcze Piotr Płaksin

Do Jadzi ślicznej, do Jadzi...



5



Wicher po polu się tłucze,

Huczy za oknem zawieja,

Włas Fomycz gra żałośliwie:

Och, żal mi ciebie, Rassieja!



Śnieg pada gęsty i gruby,

Wiatr w szpary okien zawiewa.

Panna Jadwiga, jak co dzień,

Podróżnym wódkę nalewa.



Sroży się mróz trzaskający,

Dreszczem przejmuje do kości,

Siedzi Piotr Płaksin i pisze,

List pisze o swej miłości.



Pisze Piotr Płaksin do Jadzi.

Że jej powiedzieć nie umie,

Więc błaga w liście chociażby

Niechaj go Jadzia zrozumie!



Pisze, że kocha ją dawno,

Jeno powiedzieć jej nie śmiał,

O tajemnicę ją prosi,

Aby Włas Fomycz się nie śmiał.



Pisze serdecznie, miłośnie,

Że kocha, marzy, wspomina!

I łzy padają na papier

Telegrafisty Płaksina.


6



Jest smutne okno na stacji,

Skąd widać pola dalekie,

Skąd widać szyny, pociągi

I trzy drzewiny kalekie.



Skąd widać ludzi, co jadą

W dalekie, smutne podróże,

Skąd widać jesień rosyjską

I szare niebo — hen, w górze...



I jest niezmierna tęsknota,

I żale stare, banalne,

I oczy bardzo dalekie,



I słowa, słowa żegnalne...

Ach, serce biedne, wzgardzone!

Ach, oczy śmiesznie płaczące!

O, łkania w noce bezsenne!



O, łzy miłości gorące!

"Nie dla mnie pan, panie Płaksin,

Dla mnie Włas Fomycz, artysta

Z duszą poety marzącą,



A pan co? — Telegrafista!"

Czyta Piotr Płaksin i myśli:

"Po com ja komu na świecie?"

I myśli jeszcze: "Jak ślicznie

Włas Fomycz gra na klarnecie..."



7



Na stacji Chandra Unyńska,

Przy samym płocie cmentarnym,

Jest grób z tabliczką drewnianą,

Z krzyżykiem małym i czarnym...

A na tabliczce jest napis:



"Duszo pobożna i czysta,

Pomódl się... Leży w tym grobie

Piotr Płaksin, telegrafista".