Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bagricki E. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bagricki E. Pokaż wszystkie posty

Noc




Skończył się dzień i oto noc

Nadciąga już dachami...

I szewc odkłada trzewik,

Wbija ostatni gwóźdź.

Pijacy gdzieś po knajpach

Klną, śpiewają i chrypią,

I sklerotyczne raki, piwna gorycz

Kończy ich dzień...

Kupiec rozpycha się przy żonie

I grzęźnie w duszny puch,

Symbol swej wiary — nocnik

Wsuwa nogą pod łóżko...

Moskwa wita dziesiątą

Rozdzwonionymi przewodami,

Randkami kotów za kominem,

Początkiem nocnej krzątaniny...

I oto kaszkiet wcisnąwszy na czoło,

Idzie uprawiać swe rzemiosło złodziej...

I underwoodów marsz żałobny,

Do jutra rana porzuciwszy,

Śpieszą się karmelkowe donny

Do swych kinowych bohaterów.

Anteny raz po razie drgają

Od chłodu obcych słów.

Na cyferblacie zegara kąt ostry

Wskazuje: jest dziesiąta...

Nad biurkiem wodza omdlał już telefon.

Zielone sukno jak bagno

Wsysa w swoją głąb

Suszkę i pióra...

I tylko mnie dziesiąta

Nic nie przyniesie w podarunku:

Ani herbaty pachnącej kobietą,

Ni paczki papierosów,

I tylko mnie jednemu o dziesiątej

Nie dano nagle usłyszeć —

W cieniu pod bramą ani pod latarnią

Stuku miłego obcasika...

A sen obwija twarz mi

Swą grubą orenburską chustką,

A noc mi sypie w oczy

Błękitnych gwiazdozbiorów pył.

Prosto z ich gęstwy płynie ku mnie, płynie

Rząd rozpalony wystaw:

Potwornym żarciem płynie noc,

Szklanymi warstwicami dań...

Tam wschodzi szynka gigantyczna,

Pąsowa niby zachód,

A tłuszcz wilgotny pierzastym obłokiem

Otacza ją dokoła.

Tam jabłek pięści zrumienione

Wyłażą z koszów;

Tam jądra pomarańczy, pełne

Wybuchowego kwasu.

Tam miecze ryb pokryte łuską

Goreją: "Spróbuj nie zapłacić!

My — głowę precz, a ręce — won!

Rzucimy głodnym psom!"

Tam krągłe torty stoją, niby Moskwa,

W kremlach cukierków i śliwek,

Tam tysiąc tysięcy pierożków

Rumianych jak przedszkola

Cukrowa osypała zamieć,

Ućkał rodzynków deszcz...

Nagle w drzwiach — stoi atleta

Pośród niebiesko-purpurowych mięs!

Krew byków i zabitych cieląt

Jaskrawo lśni mu na policzkach...

Wyciągnie rękę — i waga, zachwiana

Ciężarem odważników, zachybocze.

A nóż odrzynający płat słoniny

Leci jak pawie pióro.

I gorejące litery

"M S P O"

Same się zapalają

Ponad tym rozpasanym żarciem.

(Rycz, żołądkowy soku!)

Głód skurczem ściska moje mięśnie

I mrowiem w zębach śpiewa,

I namydloną myszą w dół po gardle

Zsuwa się w przełyk...

A ja się wzdragam od zgrzytu pazurów,

Od mysiej skrobaniny — i ogona,

Od miedzianego smaku śliny

Zalewającej krtań...

I w całym świecie pozostały tylko, tylko —

Tylko jak drogi planet

Otwarte wrota i obręcze miedzianych liter

Ogniem oczyszczone!

Cztery litery:

"M S P O",

Cztery płaty ognia:

Czyli —

Morze szaleństwa, płoń ogniem!

Czyli —

Muzyko sfer, polataj

Objawieniem nowym!

Czyli — Marzenie,

Słodycz pożądania, Pokój, Oszukaństwo!

Na cóż mi język, który słowa umie

Smakować niby sok owoców?

Na cóż mi oczy, którym pozwolono

Podziwiać każdą gwiazdę?

Na cóż mi boski słuch sowy

Rozróżniający ton krwi?

Na cóż mi serce, bijące do taktu

Krokom moim i wierszom?

Tylko nędza śpiewa u mych drzwi,

Tylko huczy ogień w piecyku,

Tylko świeca gaśnie — i księżyc płynie

Po zamarzniętym szkle...



1926



Edward Bagricki

przekład Anna Kamieńska

Wiersz o słowiku i poecie




Już słońce wiosenne do oczu się prószy,

Po rowach się tapla zajączków migotem.

A wyjdziesz na Trubną — uderzy ci w uszy,

Ogłuszy cię ogień słowiczy jak grzmotem.



Tak miło iść wiosną bez celu przed siebie:

Zapuścić się w sad, to znów brnąć po bazarze!...

I oto dwa słońca przed tobą: na niebie

I w wypucowanym na glanc samowarze.



I tu śpiewa słowik. Mgły grubą bawełną

Spowity jest muzyki grom najgorętszy...

Pod klatką wrze słońce na kramie, gdzie pełno

Dzbanuszków, gdzie cukier kostkowy się piętrzy...



Uwielbiam słowiki — i każdy ich motyw

Sens coraz to inny słuchowi odsłania:

Coś z leśnej fujarki — coś z plusków, coś z grzmotów —

Coś z pieśni kułaczej i coś z kołatania...



Podchodzi sprzedawca:

— Co?... Gwiżdże jak szatan!

No, kup pan, kosztuje jedynie dukata —

To nie są pieniądze! I sam pan zobaczy,

Że w domu zaśpiewa zupełnie inaczej...



Od słońca słaniając się, z klatką przez miasto

Na punkt tramwajowy się wlokę spacerkiem.

A Moskwa gwiaździście się tli i krzyżasto

Wokoło mnie tłoczą się flagi i cerkwie.



Jest dwóch nas!

Ja — Cygan, i ty — śpiewak lata,

Ślipiasty słonecznych sezonów profeta.

Kupiłem wraz z tobą za tego dukata

Czeremchę i północ, i lirykę Feta.



W krąg słońce wiosenne do oczu się prószy,

Po rowach się tapla, w szkła taflach się łamie.

Nas dwóch.

Przelatują tramwaje, tnąc uszy

Ostrymi dzwonkami i lśniąc lusterkami.



Nas dwóch...

A gdzie tramwaj nasz?... Drepcę i drepcę,

Południa żar dźga, ciężko stać na wysepce.

Świat zmiękł, widziały kożuch zielony zarośla.



Nas dwóch...

Lecz donikąd iść z tobą nie mogę;

Nagrzały się trawy, w powietrzu swąd rośnie —

Wiosenne to słońce zagradza nam drogę.



I dokąd nam iść? Nasza wolność jest gorzka!

Gdzie śpiewać masz?

Ja — gdzie się w rymach wyszumię?

Nasz gwizd, nasze gromy

Sprzedają z półkoszka...

Brać, wybrać —

Zawiną lub z miejsca konsumuj!



Schwytano nas obu,

Puszczono nas — w sieci!

Twój świst z podmoskiewskich jodełek nie wzleci,

Nie zadrżą od grzmień pełne mgieł ciche strony...

Stwierdzono, coś wart

Według stawek gotowych —

I grzmij wśród płóciennych okładek zielonych.

Jak ja pohukuję wśród stron gazetowych!...



1925



Edward Bagricki

przekład Józef Waczków