Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bernhard T. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bernhard T. Pokaż wszystkie posty

Za drzewami jest inny świat




Za drzewami jest inny świat, 

rzeka przynosi mi skargi,

rzeka przynosi mi sny,

rzeka milczy, kiedy wieczorem w lasach

śnię o północnych krainach...


Za drzewami jest inny świat

wymieniony przez ojca na dwa ptaki,

które matka przyniosła w koszu do domu,

a brat utracił we śnie, gdy miał siedem lat i był 

                                                               zmęczony...


Za drzewami jest inny świat,

trawa o smaku smutku, czarne słońce,

księżyc umarłych,

słowik, który nie przestaje wyśpiewywać skarg

o chlebie i winie

i mleku w wielkich dzbanach

podczas jenieckiej nocy.


Za drzewami jest inny świat,

schodzą długimi bruzdami

do wiosek, do tysiącletnich lasów,

jutro zapytają mnie,

o muzykę moich ułomności,

kiedy zgnije pszenica, kiedy nie zostanie nic

z wczoraj, z ich pokojów, zakrystii i poczekalni.


Opuszczę ich. Przestanę

z kimkolwiek rozmawiać,

popełnili zdradę, ziemia to wie, słońce

mnie obroni, wiem,

przyszedłem za późno...


Za drzewami jest inny świat,

kiedy indziej wypada tam odpust,

w chłopskich kotłach pływają zmarli, a wokół kałuż

topnieje cicho słonina z czerwonych szkieletów,

tam żadna dusza nie śni już o kole młyńskim,

a wiatr rozumie

tylko wiatr...


Za drzewami jest inny świat,

kraina zgnilizny, kraina

handlarzy,

krainę grobów zostaw za sobą,

będziesz niszczył, zapadniesz w okrutny sen,

będziesz pił i spał

od rana do wieczora, od wieczora do rana

i już niczego nie będziesz rozumiał, ani rzeki, 

                                                            ani smutku;


bo za drzewami

       jutro

i za wzgórzami

       jutro

będzie inny świat



Thomas Bernhard

przekład Sława Lisiecka i Zbigniew Jaskuła

Zgnilizna






Nieprzemijającą niczym Słońce widziałem Ziemię, 

       kiedy wróciłem w sen, by szukać ojca,

który przyniósł przesłanie ostatniego wiatru

       w moją żałosność, co zachmurzyła jego sławę,

sławę, o której powiedział: "Wielkie losy

       ponoszą klęskę w imię jutra..."

Nieprzemijające rosły lasy, które niegdyś napełniały

       noc swoimi skargami i mówieniem

o moszczu i zagładzie. Jedynie wiatr

       wiał nad kłosami, jakby wiosna żyła

pośród tej słodkiej zgnilizny.

       Śnieg zachowywał się wrogo, przyprawiał

moje członki o drżenie na widok

       niespokojnej północy przypominającej olbrzymi, bezkresny

cmentarz, cmentarz jeńców

       tej zdobyczy, która wkradła się

w każdy krzyż przydrożny, w każdy kamień polny,

       we wszystkie gościńce i kościoły o wieżach

podnoszących się przeciw Bogu i przeciw weselnikom,

       którzy zasiedli wokół beczki wina,

by ją wypić, śmiejąc się jak świnie.

       Widziałem we wsi na deskach tych zmarłych,

którzy z wzdętymi brzuchami jedzą czerwone mięso,

       bełkoczą hymny na cześć marcowego piwa,

zgniliznę skradającą się przez ogródek piwny

       w takt ociężałego ryku trąb...

Słyszałem powolny oddech rozkładu

       między wzgórzami...

       Nieprzemijającą niczym Słońce widziałem Ziemię. 

której sierpień był chory i bezpowrotny

       dla mnie i moich braci, co swego rzemiosła

wyuczyli się lepiej ode mnie, którego

       dręczą miliony żebraków i który

nie znajduję drzewa dla swoich zwariowanych rozmów.

       Z nocy piekła wszedłem

w noc nieba,

       nie wiedząc, kto powinien zdruzgotać moje życie,

zanim będzie za późno, by mówić o sławie i dzielności,

       o biedzie i ziemskich zwątpieniach

ciała, które mnie unicestwi...



Thomas Bernhard

przekład Sława Lisiecka i Zdzisław Jaskuła

Listopadowa ofiara




Jestem niegodny tych pól i bruzd,

       niegodny tego nieba, które swe bezwładne znaki

wpisuje w moją pamięć na nowe tysiąclecie,

       niegodny tych lasów, których nawałnice

wraz z burzami miast wdzierają się w moje starzenie.

       Jestem niegodny tych matek na zboczu i niegodny

chłopów, którzy brną przez swoje dni

       z krowami, gruszami, pijaństwem i kosami.

Jestem niegodny tych gór i wież kościelnych,

       niegodny jednej gwiaździstej nocy

i niegodny ścieżek wszystkich żebraków,

       które kończą się w smutku.

Jestem niegodny tej trawy, która chłodzi moje członki,

       pni drzew, które północ

wpędza w okrutne kalectwo deszczem

       i cieniami młokosów

składających moszczowi listopadową ofiarę

       wśród czarnych wzgórz, co dźwigają moją przemijalność.

Jestem niegodny tych procesji,

       które maj wyprowadza spośród kwitnących jabłoni,

z mleka i miodu, sławy i zgnilizny,

       z dawna mi zapewnionych.

Jestem niegodny wśród księży, rzeźników i handlarzy,

       niegodny przepowiedni tych ogrodów,

niegodny niedzieli, która swój słodki dym wypluwa w błękit.

       Niegodny jestem opuszczonych dziewcząt z czerwonymi plamami

w tym pejzażu, który liczy tysiące lat,

       a jego chleb ma smak głodu i zmarłych,

próżności i zmartwienia matek,

       co nie mogą uciec od swej męki,

męki zapomnianych, których słońce pali na polach.

       Niegodny jestem kosa, niegodny skrzypiącego koła młyńskiego,

niegodnie toczę swoją grę na brzegach rzeki,

       która nie chce słyszeć o wsiach.

Jestem niegodny tych dusz, które w chmurach i w zaroślach

       opowiadają sobie o kwitnącej ziemi,

o muzyce konającego nieba,

       o wielkim opuszczeniu, co przemyka nad wzgórzami,

niecierpliwie wyprzedzając burzowe zimy świata.



Thomas Bernhard

przekład Sława Lisiecka i Zdzisłw Jaskuła

Moja cząstka świata




Na cząstkę świata setki razy

człowiek przez okno co dzień patrzy.

Jabłoń spowita w bladą zieleń

i cała obsypana kwieciem,

o niebo wsparta z takim wdziękiem,

chmur pasmo mocno rozciągnięte...

popołudniami dzieci z krzykiem,

jakby świat cały był dzieciństwem;

wóz skrzypi, stoi stary człowiek

i czeka, kiedy minie dzionek.

Nad dach nasz lekki dym z komina

leniwie się ku chmurom wspina...

Ptak śpiewa, jeden, drugi, trzeci,

czasami motyl gdzieś przeleci,

pieją koguty, gwar kur głodnych,

przechodzą ludzie sami obcy

jak długi rok, gdy świeci słońce

przed naszym starym już domostwem.

Na sznurze wiatr wydyma pranie,

człowiek o szczęściu marzyć pragnie,

w piwnicy biedak łzy wylewa,

bo o czym jeszcze miałby śpiewać...

I tak mniej więcej dzień mi płynie,

a w każdej nowej dnia godzinie

na cząstkę świata setki razy

człowiek przez okno patrzy, patrzy.