Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reverdy P. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reverdy P. Pokaż wszystkie posty

Poczekalnia




Pocałunek twoich martwych warg i odjazd oberży, gdzie samotnie

mógłbym spędzić życie. Nie ma tu dziedzińca, od razu droga i stare

dyliżanse, trwające w kurzu spokojnym i cięższym niż grube dymy.

Podróż, odjazdy i spokój. Będziemy wiecznie dojeżdżać i odjeżdżać

wciąż tymi samymi drogami, choć jest ich tak wiele. 

A drzewa, słupy telegraficzne i domy nabiorą kształtów naszego

wieku.



Pierre Reverdy

przekład Julia Hartwig

Z innego nieba




Powiedz co ze mną będzie

Czuję że umieram

Pomóż mi

Ach Paryż... Pont Neuf

Rozpoznaję to miasto

Trochę rozkoszy

Trochę łez

Moje życie

Ale czy warto o tym mówić

Każdy mógłby powiedzieć o sobie to samo

Bo i jak inaczej moglibyśmy spędzać czas

Myślę o innym krajobrazie

Zapomniany przyjaciel ukazuje mi swoją twarz

Posępne miejsce

Wypłowiałe niebo

Rodzinna okolica wraca do mnie każdego ranka

Podróż była długa

Uroniłem w niej kilka piór

I złudzenia opuszczały mnie jedno po drugim

A przecież byłem jeszcze pośrodku wiosny

Dziecko prawie

Wyruszałem w drogę

Wiózł mnie hałaśliwy pociąg

Powoli zapominałem o istnieniu natury

Dworzec był tuż obok

Zmieniano wagony

I na peronie nikt mnie nie oczekiwał

Martwe i podobne do szkieletu miasto

Wznosi tam swoje wysokie piece

Co ze mną będzie

Ktoś dotyka mojego ciała fantastycznym cieniem

Jakaś ręka

Ale to co zdawało mi się że widzę

Było tylko dymem pociągu

Jestem sam

Tak zupełnie sam



Nikt nie przyszedł żeby wziąć mnie za rękę



Pierre Reverdy

przekład Julia Hartwig

Niepozorny wygląd




Pociąg gwiżdże i odjeżdża wśród dymu rzednącego nisko pod niebem.

To długi konwój łez i na każdym peronie, gdzie trzeba się rozstać,

coraz to inne ramiona powiewają chusteczkami. Ale on jest sam i jego

okulary ciemnieją od łez innych, a może od deszczu uderzającego o szybę,

do której przyciska nos. Nikogo nie zostawił i nikt nie będzie go

oczekiwał na dworcu, gdzie wysiądzie.

Zresztą nie ma zwyczaju opowiadać o swoich podróżach, nie potrafi

opisać miejsca, w którym był. Być może nigdzie nie był, a kiedy patrzeć

na niego, ze strachu, by go o coś nie zapytano, spuszcza wzrok

lub wznosi go ku niebu, gdzie rozpływają się wciąż nowe obłoki.

Po przyjeździe, bez oznak radości lub zniecierpliwienia odchodzi sam

w głąb nocy i pod gazowymi latarniami oświetlającymi go raz po raz

niknie ze swoją walizeczką w ręce.

Jest sam, można przypuszczać, że jest sam. Jednak coś za nim idzie,

a może ktoś, w dziwnym kształcie jego cienia.



Pierre Reverdy

przekład Julia Hartwig