Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty

Na wsi




Siano pachnie snem

siano pachniało w dawnych snach

popołudnia wiejskie grzeją żytem

słońce dzwoni w rzekę z rozbłyskanych blach

życie — pola — złotolite



Wieczorem przez niebo pomost

wieczór i nieszpór

mleczne krowy wracają do domostw

przeżuwać nad korytem pełnym zmierzchu



Nocami spod ramion krzyżów na rozdrogach

sypie się gwiazd błękitne próchno

chmurki siedzą przed progiem w murawie

to kule białego puchu

dmuchawiec



Księżyc idzie srebrne chusty prać

świerszczyki świergocą w stogach

czegóż się bać



Przecież siano pachnie snem

a ukryta w nim melodia kantyczki

tuli do mnie dziecięce policzki

chroni przed złem




1927

Kamień


Noc wiejska




Wiatr w słomie stogów szeleści,

Pola łykają, nie bacząc,

motocykla dudnienie

terkot jego kryjąc

w milczeniu swoim.


Być może błąka się teraz

gnom w błędny ognik zaklęty

co zwodzi woźnicę,

być może ugania

pola ścierniskiem

światłami aut wystraszony;


lub echo niesie

z wzgórza szubienic westchnienia

tych, co w czas wojen chłopskich zawiśli.

Nie uczęszczana ścieżka

do skraju podpełzła wsi,

podczas gdy krzewy milcząco

mrok przesączają mleczny.



Wilhelm Szabo

przekład Wanda Piwowarczyk

Listopadowa ofiara




Jestem niegodny tych pól i bruzd,

       niegodny tego nieba, które swe bezwładne znaki

wpisuje w moją pamięć na nowe tysiąclecie,

       niegodny tych lasów, których nawałnice

wraz z burzami miast wdzierają się w moje starzenie.

       Jestem niegodny tych matek na zboczu i niegodny

chłopów, którzy brną przez swoje dni

       z krowami, gruszami, pijaństwem i kosami.

Jestem niegodny tych gór i wież kościelnych,

       niegodny jednej gwiaździstej nocy

i niegodny ścieżek wszystkich żebraków,

       które kończą się w smutku.

Jestem niegodny tej trawy, która chłodzi moje członki,

       pni drzew, które północ

wpędza w okrutne kalectwo deszczem

       i cieniami młokosów

składających moszczowi listopadową ofiarę

       wśród czarnych wzgórz, co dźwigają moją przemijalność.

Jestem niegodny tych procesji,

       które maj wyprowadza spośród kwitnących jabłoni,

z mleka i miodu, sławy i zgnilizny,

       z dawna mi zapewnionych.

Jestem niegodny wśród księży, rzeźników i handlarzy,

       niegodny przepowiedni tych ogrodów,

niegodny niedzieli, która swój słodki dym wypluwa w błękit.

       Niegodny jestem opuszczonych dziewcząt z czerwonymi plamami

w tym pejzażu, który liczy tysiące lat,

       a jego chleb ma smak głodu i zmarłych,

próżności i zmartwienia matek,

       co nie mogą uciec od swej męki,

męki zapomnianych, których słońce pali na polach.

       Niegodny jestem kosa, niegodny skrzypiącego koła młyńskiego,

niegodnie toczę swoją grę na brzegach rzeki,

       która nie chce słyszeć o wsiach.

Jestem niegodny tych dusz, które w chmurach i w zaroślach

       opowiadają sobie o kwitnącej ziemi,

o muzyce konającego nieba,

       o wielkim opuszczeniu, co przemyka nad wzgórzami,

niecierpliwie wyprzedzając burzowe zimy świata.



Thomas Bernhard

przekład Sława Lisiecka i Zdzisłw Jaskuła

Stara wioska









Dla André Gide'a


Stara wioska tonęła w różach

a ja szedłem najpierw w wielkim upale

a później w wielkim chłodzie

starych ścieżek gdzie liście butwiały.


Potem wzdłuż długiego zniszczonego muru

to był park a w nim wielkie drzewa

i poczułem zapach przeszłości

w tych wielkich drzewach i białych różach.


Chyba nikt tu już nie mieszkał w końcu

kiedyś w tym parku czytano pewnie wiersze

a teraz jakby było po deszczu

hebanowe drzewa lśniły w ostrym słońcu.


Kiedyś gromady dzieci musiały

bawić się w tym zacienionym parku.

Sprowadzano tu z dalekich krajów

czerwone rośliny o niebezpiecznych owocach.


Rodzice pokazując im te rośliny

mówili: ta nie jest dobra

bo trująca przybyła z Indii

a ta tutaj to belladonna.


I mówili jeszcze: to drzewo tutaj

pochodzi z Japonii gdzie przebywał wasz stryj

przywiózł je takie zupełnie malutkie

z listkami nie większymi od paznokcia.


I mówili jeszcze: pamiętamy ten dzień

kiedy stryj wrócił z podróży do Indii.

Przyjechał konno od strony wsi

w wielkim płaszczu i z bronią u siodła.


Było to pod wieczór, latem. Dziewczęta

biegły po parku gdzie były wielkie drzewa

czarne orzechy i białe róże

i w ciemnych altankach pełno chichotów.


Dzieci biegały wołając: to stryjek!

A on zsiadał z konia w wielkim kapeluszu

i w wielkim płaszczu. Jego matka

płakała: Synu, jaki Pan Bóg dobry!


On opowiadał: w drodze złapała nas burza,

o mały włos zabrakłoby nam wody pitnej.

A stara matka całowała go w głowę

mówiąc mu: syneczku żyjesz, nie umarłeś.


Ale teraz gdzie jest ta rodzina?

Czy istniała kiedyś? Czy istniała?

Teraz są już tylko błyszczące liście

na drzewach dziwnych, jakby zatrutych.


I wszystko zasypia w wielkim upale.

Czarne orzechy pełne wielkiego chłodu.

Chyba nikt tu już nie mieszka w końcu.

Hebanowe drzewa lśnią w ostrym słońcu.




przekład Jerzy Lisowski