Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przerwa-Tetmajer K. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przerwa-Tetmajer K. Pokaż wszystkie posty

Melodia mgieł nocnych (Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym)




Cicho, cicho, nie budźmy śpiącej wody w kotlinie,

lekko z wiatrem pląsajmy po przestworów głębinie...

Okręcajmy się wstęgą naokoło księżyca,

co nam ciała przezrocze tęczą blasków nasyca,

i wchłaniajmy potoków szmer, co toną w jeziorze,

i limb szumy powiewne, i w smrekowym szept borze,

pijmy kwiatów woń rzeźwą, co na zboczach gór kwitną,

dźwięczne, barwne i wonne, w głąb wzlatujmy błękitną.

Cicho, cicho, nie budźmy śpiącej wody w kotlinie,

lekko z wiatrem pląsajmy po przestworów głębinie...

Oto gwiazdę, co spada, lećmy chwycić w ramiona,

lećmy, lećmy ją żegnać, zanim spadnie i skona,

puchem mlecza się bawmy i ćmy błoną przezroczą,

i sów pierzem puszystym, co w powietrzu krąg toczą,

nietoperza ścigajmy, co po cichu tak leci

jak my same, i w nikłe oplątajmy go sieci,

z szczytu na szczyt przerzućmy się jak mosty wiszące,

gwiazd promienie przybiją do skał mostów tych końce,

a wiatr na nich na chwilę uciszony odpocznie,

nim je zerwie i w pląsy znów pogoni nas skocznie...



1894, Z Tatr

Poezje II


Zamyślenia





Pamięci mego ojca i mojej matki

II


Melancholia, tęsknota, smutek, zniechęcenie

są treścią mojej duszy... Z skrzydły złamanemi

myśl ma, zamiast powietrza przerzynać bezednie,

włóczy się jak zbarczone żurawie po ziemi.


Cóż, że zrywa się czasem i wzlatuje w górę

z smutnym krzykiem tęsknoty do sfer, kędy słońce,

nie śćmione wyziewami ziemi, jasno gore

i gdzie szumią obłoki z wiatrami lecące?...


Złamane skrzydła lecieć nie zdołają długo,

myśl spada i pierś rani o głazów krawędzie,

i znów wlecze się, znacząc krwi czerwoną strugą

ślady swej ziemskiej drogi — — i tak zawsze będzie.



1894

Poezje II


Wyspa umarłych [Ilustracja do Die Todteninsel Böcklina]




                                                 Arnold Böcklin, Wyspa Umarłych



Wyspa umarłych... Nagie, strome skały,

wkoło dalekie, nieskończone morze,

gaj cyprysowy, ciszą skamieniały,

spokój wód wieczny... Bóg śmierci posępny

duszom ten grodziec zostawił ostępny

i odwróciwszy twarz, odszedł w bezdroże.



I w długiej łodzi o milczącym wiośle

Charon tu z brzegu białe wiezie dusze

i w ciemne, wąskie wwozi je zarośle

między dwa słupy z kamienia, na których

dwa lwy o głowach groźnych i ponurych

patrzą na siebie — zasłuchane w głuszę.



Po krzesanicach mech się pnie zielony,

cyprysy smukłe nad morską głębiną

widzą swój smutny kształt odzwierciedlony

i nieruchome patrzą w niebo w górze,

gdzie nigdy złoto nie płynie i róże,

a tylko sine mgły obłoków płyną.



Słońce i księżyc tu się toczą kołem

zawsze spokojnym, zawsze jednakowym:

nad wód granatem, pod nieba popiołem,

wstają z przepaści i schodzą powoli

w otchłań w martwego blasku aureoli,

długo lśniąc światłem cichym i matowym.



Tu dusze cieniom podobne, milczące,

snują się białe przez ciemną zieloność

po bladych plamach, które kładzie słońce;

lub z wąskich okien kutych w skałach ściennych,

patrzą po falach szklannych i bezdennych,

patrzą się w mglistą, wieczną nieskończoność.



Inne na głazach, co się wznoszą z wody,

siadają z na dół pochyloną twarzą.

Mijają słońca zachody i wschody,

one, w granacie morskich fal widome

i na drzew widmie: białe, nieruchome

siedzą, do głazów podobne, i marzą...



Dusze, co serca płonęły pożarem,

te, co za wiele czuły i cierpiały;

co się pytały pod uczuć nadmiarem:

z jakiego kruszcu twarda Boża ręka

kuje pierś ludzką, że w ogniu nie pęka?

te w te spokojne, morskie idą skały.



Lubię, kiedy kobieta...




Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu,

kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu,

gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie

i wargi się wilgotne rozchylą bezwiednie.



Lubię, kiedy ją rozkosz i żądza oniemi,

gdy wpija się w ramiona palcami drżącemi,

gdy krótkim, urywanym oddycha oddechem

i oddaje się cała z mdlejącym uśmiechem.



I lubię ten wstyd, co się kobiecie zabrania

przyznać, że czuje rozkosz, że moc pożądania

zwalcza ją, a sycenie żądzy oszalenia,

gdy szuka ust, a lęka się słów i spojrzenia.



Lubię to — i tę chwilę lubię, gdy koło mnie

wyczerpana, zmęczona leży nieprzytomnie,

a myśl moja już od niej wybiega skrzydlata

w nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata.



[Mów do mnie jeszcze...]




Mów do mnie jeszcze... Za taką rozmową

tęskniłem lata... Każde twoje słowo

słodkie w mym sercu wywołuje dreszcze — —

mów do mnie jeszcze...



Mów do mnie jeszcze... Ludzie nas nie słyszą,

słowa twe dziwnie poją i kołyszą,

jak kwiatem, każdym słowem twym się pieszczę —

mów do mnie jeszcze...



Z pamiętnika




Śpij, moje serce — — nic już nie zakłóci

spokoju twego, ciszy i martwoty — —

ona odeszła i nigdy nie wróci.



Śpij, serce moje — dla ciebie świt złoty

raz tylko błysnął i wnet zgasł w pomroku,

I nie zostawił nic, oprócz tęsknoty.



Ona odeszła — i nawet w jej oku,

co było w duszy jej, nie wyczytałem — —

śpij, serce moje, w ciemnych snów obłoku.



Niech krew się burzy morzem rozszalałem,

niech pierś pragnienia płomieniami dyszy,

niech mózg goreje wyobraźni szałem:



ty śpij, me serce, w niezmąconej ciszy.



Gdzie bądź, gdziekolwiek...




"Gdzie bądź, gdziekolwiek, byle z tego świata!"

Nazbyt tu wiele złego i cierpienia — —

tak krucha tylko przedziela nas krata

od wyzwolenia.



"Cokolwiek będzie, nie może być gorzej!"

Więc jeden tylko ruch, szarpnięcie jedno,

a krata pęknie — — i czegóż się trwoży

duch, lica bledną?



Kto wypił wszystkie tej ziemi gorycze,

czuł wszystkie ciernie życia wbite w skronie,

czyż ma go trwożyć widmo tajemnicze

świata po skonie?



Tam — — tam być może pustka za mogiłą,

wszystkie cierpienia umilkną w niebycie,

a choćby samo tylko piekło było,

"wszak nim jest życie".



I czegóż trwoży się dusza i wzdraga?

Jeżeli piekło — czyż z piekła iść trudno?...

Na czoło drżącą dłoń kładzie odwaga,

a lica chłódną.



Przymknąwszy oczy, dusza widmu śmierci

nie chce w twarz patrzeć, nędzna, wzgardy godna — —

niech cię więc życie na wskroś bólem wierci!

Pij czarę do dna!



Pij czarę do dna i wij się w boleści,

czuj, jak ci serce, mózg pęka na ćwierci,

i drżyj z obawy, czy już nie szeleści

cichy krok śmierci?



Ona gdzieś jest




Ona gdzieś jest... ja wiem.. wiem to i tęsknię do niej...

Wiem, jaką twarz ma, wiem, jakim się różem płoni,

wiem, jaki szafir ócz ciemnymi rzęsy kryje,

jaka w niej tkliwość lśni i jaki żar z nich bije.



Wiem, jaka śpiewa w nich słodycz niewysłowiona,

jaka w nich słania się zaduma, drżą pragnienia,

jaki wilgotny blask przez oczy te do łona

ciągnie i jaka mgła lubieżna je zacienia.



Każdy jej uśmiech znam i każdy ruch, jej słowo

każde w mym uchu brzmi muzyką sfer echową,

każdą jej czuję myśl, znam kraje jej pamięci,

wie, czego żal jej, wiem, co trwoży ją, co nęci.



Co kocha, także wiem; znam serce jej i duszę

i kocham całą mych niezmiernych smutków tonią,

bezdenią tęsknot mych — — kocham i czuć to muszę,

że nigdy myślą mi nie sięgać nawet po nią...



Ja, kiedy usta...




Ja, kiedy usta ku twym ustom chylę,

nie samych zmysłów szukam upojenia,

ja chcę, by myśl ma omdlała na chwilę,

chcę czuć najwyższą rozkosz — zapomnienia...



Namiętny uścisk zmysły moje strudził — —

czemu ty patrzysz z twarzą tak wylękłą?

Mnie tylko żal jest, żem się już obudził

i że mi serce przed chwilą nie pękło.



Błogosławiona śmierć, gdy się posiada,

czego się pragnie nad wszystko goręcej,

nim twarz przesytu pojawi się blada,

nim się zażąda i znowu, i więcej...



W jesieni




O cicha, mglista, o smutna jesieni!

Już w duszę czar twój dziwny, senny spływa,

przychodzą chmary zapomnianych cieni,

tęsknota wiedzie je smutna i tkliwa,

ileż miłości, och, ileż kochania

umarła przeszłość z naszych serc pochłania,

z naszych serc biednych, z naszych serc bezdeni...



Zamykam oczy... Blade ciche cienie

suną się w liści posępnym szeleście —

jak obłok światło: niesie je wspomnienie...

O dni umarłe! o dni! gdzież jesteście?...

co pozostało po was?... Ach! daleko,

daleko kędyś toczycie się rzeką

szarą i mętną w głąb puszcz i w milczenie...



Miłość, przyjaźń to pochodnie...




Miłość, przyjaźń to pochodnie,


które gasną w wieczór słotny:


chociaż żyjesz niesamotnie,


najczęściej konasz samotny.

Pierwszy spacer



"Die Hand, die Samstags ihren Besen führt,

Wird Sonntags dich am besten caressiren."

Goethe



Pamiętam pierwszy spacer mój z tobą:

      wieczór był cichy, miły,

śniegowe lekkie puszyste płatki

      drzewa srebrzyły.



Śniegowe płatki wplotły się w loki

      nad czołem twojem bladem

i byłaś dziwnie piękna, w srebrzysty

      strojna dyjadem.



Od blasku miejskich latarni lśniący

      śnieg na twe lica prószy,

a jam w błękitnych oczach twych czytał

      wróżbę rozkoszy.



Nie przeczuwałem wówczas, twój uśmiech

      widząc na wpół dziecięcy,

że mi ze wszystkich dasz, prócz rozkoszy,

      zgryzot najwięcej.



Bądź zdrowa!...




Bądź zdrowa! Całe serce w tych wyrazach mieszczę,

bezmiar tęsknoty, bezmiar żalu w nich zamknąłem...

Kochanko! Czyliż kiedy spotkamy się jeszcze?

Jak wąż pod skrzydło ptaka, przeczucie złowieszcze

wpełzło w mą duszę, że już nie zejść nam się społem.



Ach! prędzej, niż się rano stopi kropla rosy,

prędzej, niż lilia zwiędnie, gdy mróz ziemię ścina,

prędzej, niż obłok przemknie z wichrem przez niebiosy:

przy tobie, modrookiej i srebrzystogłowej,

zbiega mi święcona miłości godzina.



Kres nadszedł. Już nie zbliżyć mi się do twego łona

piersi, byśmy szeptali bliskimi ustami;

cień mi tylko twój chwytać w spragnione ramiona,

gdy staniesz przy mnie, dłutem wspomnienia rzeźbiona,

gdy mnie smutek zamroczy, tęsknota omami...



Naówczas zamknę oczy, w wyobraźnię zmienię

całą moc mojej duszy i złudzony chwilę

słyszeć będę twe słowa, czuć warg twoich tchnienie

i drżąc z trwogi, że spłoszy cię mych powiek mgnienie:

wbrew woli je podniosę — i próżno już schylę.



Tak żeglarz, gdy go okręt z wichrami w zawody

niesie w dal przez ocean bezmiernie szeroki:

gdy oczy zamknie, widzi rodzinne zagrody

i drżąc, że mgnieniem powiek sen spłoszy, na wody

spojrzy i w żal się grąży, jak bezdeń, głęboki.



Mych uczuć jakże słabe w mych słowach odbicie!

Niedostępna jest rozkosz i boleść dla słowa!

Głosu ptaka, gdy strzałą zraniony w błękicie,

żegna błękit i słońce, i lot swój, i życie,

trzeba mi, by ci posłać ostatnie: bądź zdrowa!



Tyle lat zbiegło...




Tyle lat zbiegło, a jam jeszcze do tej

nie przywykł myśli, że dla mnie stracona,

że nie zostało mi nic, prócz tęsknoty.



Jeszcze wyciągam ku niej me ramiona,

jeszcze jej czekam, jeszcze marzę o niej,

a wiem, że nigdy nie powróci ona.



Obraz jej wszędzie, zawsze za mną goni,

wiecznym jest niebem mojego marzenia

i wiecznym dnem jest w uczuć moich toni.



Czas biegnąc wiele niszczy i odmienia,

i wiele grzebie w niepamięci pyle,

lecz jej nie wydrze z mojego wspomnienia,



jak jej nie wydarł, choć lat zbiegło tyle.



Drwię




. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .



Drwię z woli — wolę rozkrusza konieczność;

drwię z czynu — żaden w pełni nie odpowie

zamiarom w mojej powstającym głowie;

drwię z świadomości — we wszystkim jest sprzeczność.



Drwię z prawdy — nazbyt często już skłamała,

każdy ją widzi oczyma innemi;

drwię ze wszystkiego, co jest na tej ziemi,

prócz cierpień ducha i prócz cierpień ciała.



I jedno mam tylko wieczne pragnienie:

Nirwany, w której nic już nie zaboli,

nic nie ucieszy, w której się powoli

przechodzi ze snów cichych w nieistnienie.



Serce ludzkie




Kto powie, co pierś ludzka mieści,

kiedy ta sama droga dłoń,

którą się lata w myślach pieści,

uderzy niespodzianie w skroń

i nie dba nawet, czy kroplami

krwi wydobytej się nie splami?



Kto pojmie, co się czuje w chwili,

gdy usta, których słowa wprzód

z rozkoszą w sercu-śmy rzeźbili,

by kiedy dojmie życia chłód,

ich ciepłem bronić się przed chłodem:

same w twarz nagle rzucą lodem...



Ach! Jeśli jest co nieskończonym,

to jest tęsknota — — to jest żal...

Ach! Jeśli bywa co szalonym,

to serce ludzkie: pośród fal

krwi własnej tonie, ból je w kleszcze

chwycił, a ono kocha jeszcze...



Czarna róża




Serce me spało, a moja myśl

tonęła gdzieś w lazurze,

nagle ujrzałem przy sobie tuż

skromniutką czarną różę.



Wspaniałą krasą jej kwiat i liść

bynajmniej się nie płoni,

a przecież dziwny jakiś czar

przykuwa wzrok mój do niej.



Czarna różyczko! zerwę cię,

na piersi przypnę sennej —

serce się budzi — cóż to? ma dłoń

chwyta za kwiat kamienny!



Odchodzę smutny — w tej chwili znów

z kamienia kwiat wykwita;

wracam — i znowu moja dłoń

za zimny kamień chwyta.



Na świat ten dusza przychodzi młodzieńcza...




Na świat ten dusza przychodzi młodzieńcza,

podobna łące kwiecistej o wiośnie,

gdzie tyle kwiatów różnobarwnych rośnie,

jakby na łąkę tę upadła tęcza.

Ale poznanie jak kret kwiatom owym

korzeń podgryza; jak ręka szkodliwa

łamie łodygę i kielichy zrywa;

jak mróz je warzy oddechem niezdrowym — —

i kwiaty więdną — i w życia połowie

masz w sobie duszę jak martwe pustkowie.



Wielbić naturę?




Wielbić naturę?... Za co?... Prawda, nie pobłądzi,

bo nią mus praw tajemnych dla człowieka rządzi,

bo jest maszyną martwą, a jej ruchy wieczne

są bezcelowe całkiem, są, bo są konieczne.



Kochać naturę?... Za co?... Za to, że mię gwałtem

bezwzględnym utworzyła i odziała kształtem

ludzkim, może nieszczęściu najbardziej przystępnym?



Że mi dała poczucie i świadomość woli,

a w najsroższej, tyrańskiej trzyma mię niewoli?

Że mi w mózg upragnienie wszczepiła poznania,

ale poznać mi ślepe jej prawo zabrania?...



Przechodzą czasem...




Przechodzą czasem koło mnie kobiety —

wizje i sny —

spoglądam na nie płomieniami źrenic

szepcząc: to ty!...



Lecz one idą dalej, mym złudzeniom

zadając kłam,

a ja, z zawodem nowym i goryczą,

znów jestem sam.