Elegia 60-tych




Lato pachniało piłką, czarnym bzem, porzeczką,

w przedwieczornych krzakach całowały się pary,

i gdy dojrzałe słońce siadało za rzeką,

pachniały cichym deszczem kamienne trotuary.



Piłka leciała do niebios, nad antenami, lipami,

skórzane i kosmiczne ciało w równej mierze.

Z altan, spod winorośli cherubińskimi szlochami

wunderkind Robertino rozpychał się w eterze.



Mrok nagle zgęstniał, piłka w ciemności topniała,

zapaliły się lampy w ogrodach i na gankach,

i drzew się tajemnicza głębia objawiała,

odzywały się cienie na zblakłych firankach.



Piłka już nie krążyła:

                                  znikła gdzieś daleko.

Czasz przepełnione błękitne wodotryski

pulsowały nad parkiem, gdzie tańce co wieczór,

gdzie nocą karuzele i komety stygły.



Piłka zawisła w górze, i jak morza słone,

jak pustynie piaszczyste, lata się otwierały,

i karuzele skrzypiąc, smutne, opuszczone,

aż do rana się dla nas, jak świt, obracały.




przekład Bohdan Zadura

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz