Lato pachniało piłką, czarnym bzem, porzeczką,
w przedwieczornych krzakach całowały się pary,
i gdy dojrzałe słońce siadało za rzeką,
pachniały cichym deszczem kamienne trotuary.
Piłka leciała do niebios, nad antenami, lipami,
skórzane i kosmiczne ciało w równej mierze.
Z altan, spod winorośli cherubińskimi szlochami
wunderkind Robertino rozpychał się w eterze.
Mrok nagle zgęstniał, piłka w ciemności topniała,
zapaliły się lampy w ogrodach i na gankach,
i drzew się tajemnicza głębia objawiała,
odzywały się cienie na zblakłych firankach.
Piłka już nie krążyła:
znikła gdzieś daleko.
Czasz przepełnione błękitne wodotryski
pulsowały nad parkiem, gdzie tańce co wieczór,
gdzie nocą karuzele i komety stygły.
Piłka zawisła w górze, i jak morza słone,
jak pustynie piaszczyste, lata się otwierały,
i karuzele skrzypiąc, smutne, opuszczone,
aż do rana się dla nas, jak świt, obracały.
przekład Bohdan Zadura
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz