Żółknie zboże.
Słoma na kapelusze
pięknie dojrzewa.
Leniwe dzięcioły stukają w drzewo.
Wszędzie na świecie znaczy to SOS.
W błękitnym powietrzu roztopił się las.
Kochankowie w nim siedzą z bladymi twarzami,
piją słonko z octem,
jedzą kwaśne jabłka,
rachują palce rąk i nóg,
cieszą się, że to na życie wystarczy.
Modry las. Nad lasem się chmurzy.
Z chmur nagle odłamała się błyskawica.
Ziemia się przechyliła.
Sosny uderzyły ciałem o ciało.
Tak się zlękłaś, że aż pociemniało.
A ja bym ci kupił
letnią burzę z kwiatami,
potulną błyskawicę, która by się w nich pasła.
Choćbym nie miał na chleb i na sól,
na odrobinę słonka miałbym.
Niczego ci nie wymawiam.
Ciebie każdy lubi.
Tobie to wszyscy z ręki wyczytają:
Gdy się uśmiechasz
wschodzą tęcze pawi
i tam, gdzie stąpniesz — źródła rzek.
Pożółkłe zboże.
Słoma na kapeluszu
właśnie dojrzewa.
Lecz ja chodzę z odkrytą głową
udręki pełną.
Miroslav Válek
przekład Michał Sprusiński
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz