Pełnia do kuźni weszła
w mantyli z tuberoz śnieżnych.
Chłopiec w nią patrzy i patrzy.
Chłopiec zapatrzył się w księżyc.
W powietrzu drgającym pełnia
porusza rękami swymi.
Odsłania, czysta i lubieżna,
piersi swoje z twardej cyny.
Uciekaj, księżycu, księżycu.
Gdyby Cyganie nadeszli,
zrobiliby z serca twego
wisiorki i pierścioneczki.
Chłopcze, dajże mi zatańczyć.
Kiedy nadejdą Cyganie,
odnajdą cię na kowadle
z zamkniętymi oczętami.
Uciekaj, księżycu, księżycu.
Już słyszę tętent ich koni.
Dziecino, zostaw mnie, nie depcz
mej bieli nakrochmalonej.
Jeździec się wciąż przybliża,
grając na bębnie równiny.
W kuźni dzieciątko leży
z oczami zamkniętymi.
Wędrują przez gaj oliwny
z brązu i ze snu — Cyganie.
Z głowami podniesionymi
i z przymkniętymi oczami.
Jakże zahukał puszczyk,
ach, jak zahukał w sadzie!
Niebem odchodzi pełnia
i dziecko za rączkę prowadzi.
W kuźni szlochają i płaczą,
w rozpaczy krzyczą Cyganie
Wiatr przy nich czuwa i czuwa.
Wiatr czuwa tam bezustannie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz