Chłopcy dziecinnymi łukami
straszą strzyżyki w dziurach.
Gnuśnie pogoda cieknie
leniwa w strumieniu wód,
przerwa, dar gwiazd dla wędrowców
wlokących się w pyle dróg.
Wysokie drżą bzu kiście,
górując nad wzgórzem,
któremu panuje statua Letniej Pory,
bez nosa, okaleczona kamieniami,
obrośnięta potokiem pnączy
i brzękiem trzmieli.
Lecz kalekiej bogini nie widać i wszystko
pochyla się ku flotylli papierowej,
która spływa powoli wzdłuż palisady.
Błyska w powietrzu strzała,
wbija się w pal, drży.
Życie jest tą obfitością
faktów bez znacznia, bardziej
próżne niż okrutne.
Wracają plemiona dzieci z procami,
czy pora roku minęła, czy minuta,
i odkrywają martwe pozory nie zmienione,
choć wszystko już w ruinie
i od gałęzi swych nie zależy teraz
owoc znany.
— Wracają dzieci... Tak pewnego dnia
obrót, który rządzi
naszym życiem, przywiedzie nam przeszłość
daleką, potrzaskaną i żywą, odbitą
na nieruchomych kotarach
przez nieznaną latarnię.
I ciągle jeszcze roztacza się sklepienie
jasnoniebieskie, zmatowiałe
nad rojowiskiem w rowie,
i tylko statua
wie, że czas gna, i coraz obficiej
mai się ognistym bluszczem.
Wszystko się pogrąża, leci w dół,
rowem płynie woda, tak wezbrana,
że marszczą się jej zwierciadła:
roztrzaskują się małe łódeczki
w wirach spienionej toni.
Żegnajcie! — kamień świszcząc roztrąca liście,
zażarty los już w dali znika,
zapada się czas, coraz innym obliczem błyska,
i bardziej okrutne, niż próżne, jest życie.
Eugenio Montale
przekład Zygmunt Kubiak

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz