Na nieszczęście, Boże,
na nieszczęście dla ciebie,
nie istniejesz.
Bo gdybyś istniał,
wmieszano by cię do tego plugawego interesu.
Ryzykowałbyś wiele.
Osądziliby cię w Norymberdze
jako zbrodniarza wojennego
obok innych niewinnych twoich stworzeń
narodowości niemieckiej
i jako głównego przestępcę,
wilka pośród wilków.
Jedynie papież Pius XII
(zawsze taki pobożny, zgodnie z przybranym imieniem),
miękki wobec nazistów,
zapewne z czystej dobroci serca,
łagodny sojusznik spraw spod ciemnej gwiazdy,
byłby twoim obrońcą.
Odżegnałbyś się — jestem o tym
osobiście przekonany —
od filozofii tomistycznej,
wymachując
legitymacją komunisty uprzednio głęboko schowaną
i stworzyłbyś w Auschwitz
wspaniałą komorę gazową
z dodatkowym krzyżem pośrodku,
by dopełnić autoegzekucji
i samemu się ukrzyżować na oczach świata
z haniebną żydowską gwiazdą
zawieszoną u szyi.
Cóż za powtórka z Golgoty, mój Boże!
Cóż za zwieńczenie Nowego Testamentu!
To tylko jest piękny sen,
ale chętnie
obróciłbym dłoń z kciukiem ku dołowi
w twojej obecności,
albowiem, nawet nie istniejąc,
naprawdę Ty odpowiadasz za to wszystko
i właśnie dlatego
— jak powiedział chyba pewien Rosjanin —
ponieważ dopuściłeś się nieprawdopodobnej podłości
nieistnienia,
wszystko jest dozwolone.
Eduardo Lizalde
przekład Krystyna Rodowska
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz