Wojna i pokój na ziemi




Nieprzyjaciel nie gardził żadną maską i przebierał się, za cokolwiek,

Dzień pogodny, żniwa, bukiet róż

Nagle dostawały wścieklizny i na śmierć zagryzały eksplozją,

Umierano tak ogromnie, że mnogość i tłum stawały się coraz bardziej pojęciami podziemnymi.

Miasta, wsie wiedziały, że z taką samą skwapliwością mogą zostać trupami miast i wsi,

Jak człowiek żyjący staje się człowiekiem umarłym,

Kościoły tylekroć pieszczone szorstką ręką wieków

Padały na ziemię nagle, rażone atakiem epilepsji,

I nie mogły podnieść się bez pomocy wiatru,

Stawały na mgnienie słupem kurzu, by pójść we wszystkie na raz strony świata,

A kilkusetletnie dęby przechodziły przez powietrze lotem jaskółki.

Wojna mełła najcenniejsze klejnoty na suchy proszek, środek na wywołanie kaszlu i plucia krwią.

Wszystko, co pod tym ziemskim niebem rozporządzało ciałem, było przeczuciem mgły,

A każdy żyjący miał w ustach smak własnego popiołu.

Aż któregoś dnia ludzie szepnęli sobie na ucho: "Pokój".

I wydało się to im tak dziwne, że nie poznali swoich głosów.

Szept coraz donioślejszy powtarzał: "Pokój", obijał się niezręcznie o powietrze jak

     uderzenie gołębich skrzydeł.

Pod ciężarem tylu pokładów cierpienia słowo "zwycięstwo" wypadło ze słownika ludzi

I cała ziemia, niedawno jeszcze przeorana przez śmierć, powoli zaczęła śpiewać

    chrapliwym głosem: "Pokój".

Wóz odzyskuje poczucie obecności kół, a koń nóg, przednich, tylnych, aż wreszcie galopuje.

Drzewa odnajdują w głębi ziemi swoje korzenie, soki już nie są terroryzowane i krążenie

    nie omija niczego, nawet najwyższych gałązek.

Kościół upewnia się o życiu dzwonnicy, całej, od stóp do szczytu, a mury nie rozprawiają już

    o szansach przetrwania w fundamentach.

Barany powracając z łąki wchodzą w swoją wełnę i głupotę jak w czasach niepamiętnych,

A krowa daje mleku kolor, jakiego dawno nie miało.

Życie wchodzi w człowieka jak miecz w pochwę,

Krew nie szuka braterstwa krwi, przed sobą, we wnętrznościach bliźniego,

Twarz nieprzyjaciela nie błyszczy jak nowiutkie narzędzie tortur obdarzone mową,

A pieśń Pokoju powoli robi obchód ziemi.

Umarli na wojnie, aby się nie spóźnić na skromną uroczystość powszechną,

Czwórkami zstępują po niekończących się schodach,

W olbrzymim, niemym, milczącym tumulcie

Obrabowani z życia biegną, rozpychając się, gestykulując,

Rekwirują w nas w pośpiechu jakieś, jakiekolwiek miejsce,

Aby zobaczyć oczami, które jeszcze widzą,

Twarze żywych w owej chwili, kiedy Pokój powrócił nareszcie na ziemię.



Jules Supervielle

przekład Zbigniew Bieńkowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz