Wenecja




                                                      Claude Monet, Palazzo Contarini



Zmierzch rumieni Wenecję,

Nieruchomieją łodzie

Bez rybaków, bez latarń

      Odbitych w wodzie.



Lew siedzący na brzegu,

Na tle nieba bez chmury,

Wielką łapę ze spiżu

      Wznosi do góry.



Na wodzie wokół niego,

Złączywszy się w gromadki,

Podobne sennym czaplom

      Szalupy, statki



Śpią i tylko czasami,

Gdy deszcz przemknie po fali,

Krzyżują swe bandery

      W zamglonej dali.



Luna, która przygasa

Na gwiezdnym nieboskłonie,

Przeźroczystym obłokiem

      Osłania skronie



Jak od Świętego Krzyża

Przeorysza surowa,

Kiedy w fałdach kaptura

      Oblicze chowa.



Starożytne pałace

Spoczywają w milczeniu;

Białe schody, portyki

      Kute w kamieniu.



Milczy drżąca na wietrze

Zatoka i ulice,

I mosty, i posągi

      Posępnolice.



Słychać jedynie straże

O halabardy wsparte,

Które pod arsenałem

      Sprawują wartę.



- Ach, o tej nocnej porze

Niejedna zalotnica

Czeka swego amanta

     W blasku księżyca.



Niejedna w tej godzinie

Na bal się stroi rada;

Stojąc przed lustrem, czarną

      Maskę nakłada.



Na swej wonnej pościeli

Vanina wpółzemdlona

Raz jeszcze kochankowi

      Pada w ramiona.



A szalona Narcyza,

Wśród miłosnej swawoli,

Zapomina o świecie

      Płynąc w gondoli.



Któż pod niebem Italii

Nie ulegnie płochości?

Najpiękniejsze dni życia

      To dni miłości!



Niech zegar starych dożów

Zlicza dobę po dobie;

Długie, nudne godziny

      Odmierza sobie.



A my liczmy całusy

Na twych ustach różanych;

Ile było i będzie

      Wziętych, oddanych...



A my liczmy twe wdzięki

I westchnienia, i błyski,

Lecz przy słodkiej pieszczocie

      Liczmy uściski!



Alfred de Musset

przekład Wisława Szymborska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz