Pustynia miłości




Gdzieś most, gorący beton szos,

dzień już opróżnia swe kieszenie,

wszystko co ma, wykłada. Zmierzch

okrywa cię katatonicznym cieniem.



I niby dno wąwozu pejzaż ten,

blizny jarzą się w przebłyskach mroku.

Zmierzch. Słońce razi stężonym blaskiem.

Już nie zapomnieć mi tej pory roku.



Jest lato, skwar połyskujący.

Stoi — widzę nieruchome skrzydła —

brać skrzydlata, jak płonące cherubiny...

W drzazgach klatek jak w sidłach.



Pamiętasz to? Najpierw był tylko wiatr,

później ziemia i potem klatka.

Gnój i ogień i raz po raz

trzepot skrzydeł nam obraz gmatwał.



I pragnienie. Łaknąłem kropli wody.

Do dziś słyszę gorączkowe połykanie

i wygaszam wszystkie złudzenia

i bezbronny znoszę wszystko. Jak kamień.



Lata płyną, a nadzieja to nic więcej

niż naczynia w słomie rozpęknięte.



János Pilinszky

przekład Jerzy Snopek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz