Pies jakiś przybłęda wciąż wyje za oknem.
I ja chciałbym zawyć z tym kundlem samotnym.
Jak on beznadziejnie do Luny na niebie,
ja zawyłbym, smutne wspomnienie, do ciebie.
Noc chmurna, bezgwiezdna, mgła wszystko osnuła
i trwa serenada, żałosna i czuła.
W oddali dygoce gazowa latarnia —
to dziwne, jak wcześnie dziś noc nas ogarnia.
Jak wcześnie gwar dzienny się cofa w rozsypce
i nocy milczenie znów pierwsze gra skrzypce.
Dzień wdzięczny był, iskrzył się cały i tętnił,
krążyli po mieście przechodnie odświętni,
w piekarniach, kwiaciarniach, u wejść do lokali
liczyli, wstydzili się, na coś czekali.
Dzień zręczny był, ból swój wspaniale ukrywał,
noc gorsza jest znacznie, lecz za to prawdziwa.
Pies wyje i skomle, i żąda pieszczoty,
a sercu brak słów, by powiedzieć ci o tym.
Nie zniosę już dłużej tej psiej melancholii:
— Śpij, zaśnij pokornie — to trudno, że boli,
lecz Luna pociechy nam dziś nie użyczy,
mój druhu wyjący, mój bracie w goryczy.
Egisze Czarenc
przekład Wiktor Woroszylski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz