Oda do Marcelego Prousta







Cieniu

zrodzony z dymów Pańskich fumigacji

z twarzą i głosem

zjedzonymi

przez używanie nocy.

Łagodna acz nieustępliwa

Celesta macza mnie w czarnej brei

Pańskiego pokoju

pachnącego ciepłym korkiem i wystygłym kominkiem.



Za ekranem zeszytów

pod blond lampką lepką jak konfitura

Pańska twarz leży na kredowej poduszce.

Podaje mi Pan ręce w nicianych rękawiczkach.

Pański zarost cicho rośnie

w głębi policzków.

Mówię:

— Wydaje się, że jest Panu lepiej.

Pan odpowiada:

— Drogi przyjacielu, dziś trzy razy o mało nie umarłem.



Pańskie okna na zawsze zamknięte

odgradzają Pana od bulwaru Haussmanna

wypełnionego po brzegi

jak błyszcząca chlewnia

blaszanym hałasem tramwajów.

Być może nigdy nie oglądał Pan słońca?

Ale odtworzył je Pan, jak Lemoine, tak prawdziwe

że Pańskie drzewa owocowe

w nocy zakwitły.

Pana noc nie jest naszą nocą.

Pełna jest białych blasków

katlei i sukien Odette

kryształowych pucharów, żyrandoli

i wyszywanych żabotów generała de Froberville.

Pański głos, też biały, rysuje zdanie tak długie

że zdaje się łamać, gdy tymczasem jak chory

pogrążony w drzemce, który się skarży

mówi Pan, że wyrządzono mu wielką przykrość.



Proust, na jakie rauty chadza Pan po nocach

by powracać z nich z tak zmęczonymi i przenikliwymi oczami?

Jakich strachów nam niedostępnych Pan doznał

by wrócić z nich pełen współczucia i dobroci?

Wiedząc wszystko o pracach duszy

i o tym co się dzieje w domach

i że miłość tak bardzo boli?



Czy te nocne czuwania były aż tak okrutne, że pochłonęły

ową różową świeżość

z portretu Jacques Emile Blanche'a?

I że dziś wieczorem leżysz Pan

jak ulepiony z bladego wosku

szczęśliwy jednak, że ludzie mogą oglądać powolną agonię

dandysa w szaroperłowym i czarnym kolorze.



Paul Morand

przekład Jerzy Lisowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz