Cieniu
zrodzony z dymów Pańskich fumigacji
z twarzą i głosem
zjedzonymi
przez używanie nocy.
Łagodna acz nieustępliwa
Celesta macza mnie w czarnej brei
Pańskiego pokoju
pachnącego ciepłym korkiem i wystygłym kominkiem.
Za ekranem zeszytów
pod blond lampką lepką jak konfitura
Pańska twarz leży na kredowej poduszce.
Podaje mi Pan ręce w nicianych rękawiczkach.
Pański zarost cicho rośnie
w głębi policzków.
Mówię:
— Wydaje się, że jest Panu lepiej.
Pan odpowiada:
— Drogi przyjacielu, dziś trzy razy o mało nie umarłem.
Pańskie okna na zawsze zamknięte
odgradzają Pana od bulwaru Haussmanna
wypełnionego po brzegi
jak błyszcząca chlewnia
blaszanym hałasem tramwajów.
Być może nigdy nie oglądał Pan słońca?
Ale odtworzył je Pan, jak Lemoine, tak prawdziwe
że Pańskie drzewa owocowe
w nocy zakwitły.
Pana noc nie jest naszą nocą.
Pełna jest białych blasków
katlei i sukien Odette
kryształowych pucharów, żyrandoli
i wyszywanych żabotów generała de Froberville.
Pański głos, też biały, rysuje zdanie tak długie
że zdaje się łamać, gdy tymczasem jak chory
pogrążony w drzemce, który się skarży
mówi Pan, że wyrządzono mu wielką przykrość.
Proust, na jakie rauty chadza Pan po nocach
by powracać z nich z tak zmęczonymi i przenikliwymi oczami?
Jakich strachów nam niedostępnych Pan doznał
by wrócić z nich pełen współczucia i dobroci?
Wiedząc wszystko o pracach duszy
i o tym co się dzieje w domach
i że miłość tak bardzo boli?
Czy te nocne czuwania były aż tak okrutne, że pochłonęły
ową różową świeżość
z portretu Jacques Emile Blanche'a?
I że dziś wieczorem leżysz Pan
jak ulepiony z bladego wosku
szczęśliwy jednak, że ludzie mogą oglądać powolną agonię
dandysa w szaroperłowym i czarnym kolorze.
Paul Morand
przekład Jerzy Lisowski

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz