Matczyne lusterko







Lusterko w owalnej ramie

powoli traciło lśnienie,

aż w końcu stało się ślepe.

Przez pół swego życia bez mała

matka się przed nim czesała,

służyło jej najlepiej.



Wisiało tuż przy oknie,

patrzyło na nas pogodnie,

jakby się uśmiechało.

I matka była wesoła,

zmarszczki nie tknęły jej czoła,

a jeśli, to bardzo mało.



Nad młynkiem lubiła śpiewać

walczyki, które, szczęśliwa,

tańczyła przed laty z ojcem.

Tak zatopiona w marzeniu,

nieraz przelotnym spojrzeniem

musnęła szkiełko błyszczące.

Kiedy rzuciła w płomienie

puch włosów zdjęty z grzebienia,

w węzeł zwijała warkocze.

A kiedy podniosła dłonie,

dostrzegłem loczek u skroni

i drobne zmarszczki przy oczach.



Wreszcie skrzywiła się rama,

i szara, mętna plama

rozkwitła w pękniętym tle.

Lecz matka do czesania,

jak dawniej bez wahania,

siadała przed tym szkłem.



Czas leci. Już jest siwa,

samotność swą przeżywa

nie patrząc w lusterko kruche.

Często zmęczona i smutna,

kiedy ktoś do drzwi zastuka,

otwiera w czarnym fartuchu.



Wchodzę nieśmiało, zwlekam.

Dziś na mnie nikt nie czeka,

nikt nie uściśnie mnie w progu.

Lusterko wisi na ścianie,

w złoconej swojej ramie,

ale dojrzeć go przez łzy nie mogę.



Jaroslav Seifert

przekład Janina Brzostowska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz