dożywał swych dni stary Anaksymander.
Tak zgrzybiały już był ten sławny mądrala,
że ust nie otwierał ani się uśmiechał, ani cokolwiek pojmował
z feerii włosów jasnych, z dowcipów i śmiechu
najpiękniejszych dziewcząt Koryntu.
To było pod koniec jego życia,
kiedy ludzie mruczeli, gdy przechodził:
Anaksymander ma przed sobą co najwyżej
trzy lub cztery słoneczniki do oskubania;
i na tym skrawku czasu, tuż przed śmiercią,
Anaksymander odkrył zagadkę czasu.
Był tam, w Koryncie, nad zatoką
i na tym skrawku czasu, tuż przed śmiercią,
Anaksymander odkrył zagadkę czasu.
Był tam, w Koryncie, nad zatoką
w otoczeniu kwitnących dziewcząt.
Opanowała go wówczas nieszkodliwa mania
osłaniania się przed słońcem południa parasolką
Opanowała go wówczas nieszkodliwa mania
osłaniania się przed słońcem południa parasolką
na pół zieloną, na pół niebieską;
nie witał się z rówieśnikami, nie uczęszczał do miejsc,
nie witał się z rówieśnikami, nie uczęszczał do miejsc,
gdzie bywają starcy,
nie miał już nic wspólnego z ludźmi na agorze,
prócz starości, siwizny wokół brody: Anaksymander
przeniósł się w czas kwitnącej młodości,
jak ktoś, co kraj opuszcza, by w innym leczyć się
nie miał już nic wspólnego z ludźmi na agorze,
prócz starości, siwizny wokół brody: Anaksymander
przeniósł się w czas kwitnącej młodości,
jak ktoś, co kraj opuszcza, by w innym leczyć się
z zastarzałej rany.
Nadchodził w południe, aby zasiąść w cieniu
Nadchodził w południe, aby zasiąść w cieniu
ćwierkających dziewcząt z Koryntu.
wlokąc się noga za nogą, niewzruszenie,
wlokąc się noga za nogą, niewzruszenie,
z parasolką otwartą nad głową, i siadał cichutko
pośrodku, nasłuchując ich świegotania,
pośrodku, nasłuchując ich świegotania,
obserwując delikatną geometrię tych kolan
o barwie pszenicy, łowiąc wzrokiem
jakąś ulotną gołębicę różanopiórą
trzepoczącą się pod mostem ramion.
Nic nie mówił stary Anaksymander,
jakby nic nie wzruszało go pod tą parasolką,
czującego w sobie przepływ czasu,
wśród słodkich dziewcząt z Koryntu,
czasu jak delikatna mżawka
wśród złotych szpilek, połysku wilgotnych czereśni,
czasu, co się owijał wokół kostek
kwitnących dziewcząt z Koryntu;
tego czasu, który gdzie indziej przybliża wargom
puchar trucizny nie do odrzucenia,
tutaj sycił południe nektarem tak upajającym,
jakby on także, czas, rwał się do życia,
do ludzkiej postaci, rozkoszując się
skórą jak jedwab i błyskiem w oczach niebiesko-zielonych.
Milczący Anaksymander
co dzień przepływał, jak łabędź wśród obłoków piękna
i tak trwał;
był tam, w środku i poza czasem,
smakując łyk za łykiem wieczności,
i mrucząc sennie jak kot przy piecu.
O zmierzchu wracał do domu,
by po nocy układać wierszyki
dla rozćwierkanych gołębic Koryntu.
Inni mędrcy plotkowali bez wytchnienia.
Doszło do tego, że Anaksymander stał się tematem
częściej poruszanym w czasie nudnych konwentykli
niż rytuał corocznych zbiorów, zawijania i odpływania statków
z przystani
— Zawsze wam mówiłem, czcigodni starcy Koryntu
— obwieszczał wróg jego odwieczny, Prodigiusz,
że on nie jest
prawdziwym mędrcem, ani nawet przyzwoitym człowiekiem.
Jego dzieło? —
Czyste naśladownictwo. Małpowanie innych.
A w środku pustka. To wszystko jest puste
jak beczka po winie, gdy Tybetańczycy
do dna wysączą światło naszych winnic.
Niewzruszony Anaksymander szedł ulicami miasta ku zatoce.
Szedł i wyławiał z gwaru, z niebieską parasolką od słońca
nad głową fragmenty rozmów o tym,
co się wydarzyło:
jeden po drugim wpadał gdzieś w podziemia czasu
kolejny starzec.
Dzień po dniu wycinały w pień starców
wysłanniczki Prozerpiny, i tylko ich popioły
wzlatywały ku morzu, nad wody utkane z materii fiołków,
bo takie jest morze w Koryncie.
Odchodzili w cień wszyscy, tylko Anaksymander trwał
nieporuszenie, wysiadując na słońcu
pośród dziewcząt.
Fałda tuniki Atalanty, odsłonięta szyja Aglai,
gdy Aglaja słała w niebo swą pieśń,
naśladując melodię słowika,
i uśmiech Anadiomeny - oto czym się żywił co dzień
Anaksymander i był tam, trwał, gdy wszystko już
wokół niego przeniosło się do nicości.
Pewnego dnia, na horyzoncie Zatoki Korynckiej,
ujrzał niewielką barkę płynącą z daleka.
W niej, wiosłując z uporem strudzonego astmatyka,
zbliżał się człowieczek w słomkowym kapeluszu,
w białym kapeluszu z czerwoną wstążeczką
na głowie. Ze swej perspektywy
człowieczek spoglądał w głąb zatoki, gdzie ujrzał z daleka
niebieską parasolkę, krążek świetlisty jak słońce.
I tam też płynął.
Zawzięty, uparty, nucąc coś do taktu,
z dłońmi w rękawiczkach,
człowieczek wiosłował. Anaksymander zaczął się uśmiechać.
Znieruchomiała pośrodku zatoki barka zwyciężyła czas.
Słomkowy, biały kapelusz obwieścił, że człowiek zawraca.
Tej nocy, przed zaśnięciem,
Marcel Proust krzyczał w przestrzeń, z głębi swego łoża:
"Mamo, więcej papieru!! Przynieś mi cały papier,
jaki jeszcze został! Zaczynam nowy rozdział
mego dzieła, pod tytułem W cieniu zakwitających
dziewcząt".
(1973)
o barwie pszenicy, łowiąc wzrokiem
jakąś ulotną gołębicę różanopiórą
trzepoczącą się pod mostem ramion.
Nic nie mówił stary Anaksymander,
jakby nic nie wzruszało go pod tą parasolką,
czującego w sobie przepływ czasu,
wśród słodkich dziewcząt z Koryntu,
czasu jak delikatna mżawka
wśród złotych szpilek, połysku wilgotnych czereśni,
czasu, co się owijał wokół kostek
kwitnących dziewcząt z Koryntu;
tego czasu, który gdzie indziej przybliża wargom
puchar trucizny nie do odrzucenia,
tutaj sycił południe nektarem tak upajającym,
jakby on także, czas, rwał się do życia,
do ludzkiej postaci, rozkoszując się
skórą jak jedwab i błyskiem w oczach niebiesko-zielonych.
Milczący Anaksymander
co dzień przepływał, jak łabędź wśród obłoków piękna
i tak trwał;
był tam, w środku i poza czasem,
smakując łyk za łykiem wieczności,
i mrucząc sennie jak kot przy piecu.
O zmierzchu wracał do domu,
by po nocy układać wierszyki
dla rozćwierkanych gołębic Koryntu.
Inni mędrcy plotkowali bez wytchnienia.
Doszło do tego, że Anaksymander stał się tematem
częściej poruszanym w czasie nudnych konwentykli
niż rytuał corocznych zbiorów, zawijania i odpływania statków
z przystani
— Zawsze wam mówiłem, czcigodni starcy Koryntu
— obwieszczał wróg jego odwieczny, Prodigiusz,
że on nie jest
prawdziwym mędrcem, ani nawet przyzwoitym człowiekiem.
Jego dzieło? —
Czyste naśladownictwo. Małpowanie innych.
A w środku pustka. To wszystko jest puste
jak beczka po winie, gdy Tybetańczycy
do dna wysączą światło naszych winnic.
Niewzruszony Anaksymander szedł ulicami miasta ku zatoce.
Szedł i wyławiał z gwaru, z niebieską parasolką od słońca
nad głową fragmenty rozmów o tym,
co się wydarzyło:
jeden po drugim wpadał gdzieś w podziemia czasu
kolejny starzec.
Dzień po dniu wycinały w pień starców
wysłanniczki Prozerpiny, i tylko ich popioły
wzlatywały ku morzu, nad wody utkane z materii fiołków,
bo takie jest morze w Koryncie.
Odchodzili w cień wszyscy, tylko Anaksymander trwał
nieporuszenie, wysiadując na słońcu
pośród dziewcząt.
Fałda tuniki Atalanty, odsłonięta szyja Aglai,
gdy Aglaja słała w niebo swą pieśń,
naśladując melodię słowika,
i uśmiech Anadiomeny - oto czym się żywił co dzień
Anaksymander i był tam, trwał, gdy wszystko już
wokół niego przeniosło się do nicości.
Pewnego dnia, na horyzoncie Zatoki Korynckiej,
ujrzał niewielką barkę płynącą z daleka.
W niej, wiosłując z uporem strudzonego astmatyka,
zbliżał się człowieczek w słomkowym kapeluszu,
w białym kapeluszu z czerwoną wstążeczką
na głowie. Ze swej perspektywy
człowieczek spoglądał w głąb zatoki, gdzie ujrzał z daleka
niebieską parasolkę, krążek świetlisty jak słońce.
I tam też płynął.
Zawzięty, uparty, nucąc coś do taktu,
z dłońmi w rękawiczkach,
człowieczek wiosłował. Anaksymander zaczął się uśmiechać.
Znieruchomiała pośrodku zatoki barka zwyciężyła czas.
Słomkowy, biały kapelusz obwieścił, że człowiek zawraca.
Tej nocy, przed zaśnięciem,
Marcel Proust krzyczał w przestrzeń, z głębi swego łoża:
"Mamo, więcej papieru!! Przynieś mi cały papier,
jaki jeszcze został! Zaczynam nowy rozdział
mego dzieła, pod tytułem W cieniu zakwitających
dziewcząt".
(1973)
Gastón Baquero
przekład Krystyna Rodowska


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz