Człowiek z Tyru poszedł raz nad morze,
rozmyślając, bo był Grekiem, nad tym, że Bóg jest jeden
i zupełnie sam, i coraz bardziej sam będzie.
A kobieta, która prała bieliznę u źródła pod skałą,
tam, skąd strumień spływał i nikł w nadmorskim żwirze,
rozpostarła swoje pranie na kamykach nad brzegiem,
złożyła swoją koszulę na pochyłych skalnych płytach
i brodząc w bladozielonym wieczornym morzu, szła na płytki
zalew, spluskując się wodą.
Potem odwróciła się, powoli szła z powrotem, za plecami
mając niebo wieczoru.
O śliczna, śliczna, z ciemnymi włosami upiętymi wysoko,
zanurzająca się coraz głębiej i wynurzająca się stopniowo,
jej pełne uda w powolnym ruchu, kiedy brnęła do brzegu,
ramiona jasne od światła z milczącego nieba,
dwie piersi niewyraźne i tajemnicze
z wdzięczną wspaniałością zmierzchu między nimi
i czarna kępka włosów podbrzusza jak znak
niosący wieść mężczyźnie.
Więc załamał ręce z zachwytu i wyszeptał:
Patrzcie! Bóg jest jednym bogiem! Ale tu, o zmierzchu,
boska i śliczna Afrodyte
z morza idzie ku mnie.
David Herbert Lawrence
przekład Czesław Miłosz
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz