Przypowieść o dwudziestym ósmym dniu







   I przychodzi dwudziesty ósmy dzień, i ciała ich biorą na nich odwet, za to, że nie pozwoliły, by je zapłodniono. I przychodzi dwudziesty ósmy dzień, i one biorą na nas odwet, za to, że nie zostały przez nas zapłodnione. Każdego dwudziestego ósmego dnia przebywają golgotę nieudałego macierzyństwa i każą nam przebywać drogę krzyżową nieudałego ojcostwa.

   Inaczej zwą się miesiące w ich kalendarzach, a obroty ich ciał posłuszne są nie doczesnym przypadkom naszej chrześcijańskiej chronologii, lecz pogańskiej precyzji księżyca.

   Mały, ukryty księżyc, który razem z tamtym, prawdziwym, dojrzewa w ich enigmatycznej kosmogonii, wyrywa się z nich skrwawiony, niczym rozpęknięty meteoryt.

   I przychodzi dwudziesty ósmy dzień, i odnawia w ich ciałach ranę, która nigdy się nie zasklepia. Żyjąc z otwartą raną, jakże by mogły nie ranić? One są tymi, które czystość brudzi, a brud oczyszcza. 

   I przychodzi dwudziesty ósmy dzień, i na powrót wydane są dziewictwu w całej jego ohydzie.

   Wszystkie istoty żywe zamykają szczelnie krew w komórkach swych organizmów, przyglądając się jedynie czasami jej podskórnym pulsacjom i buntom.

   Żeby tylko nie wyciekła, żeby tylko nie chciała zdawać sprawy z tego, co się tam w głębi dzieje.

   One jedne odważają się na swobodne jej upuszczanie, one jedne odważają się, każdego dwudziestego ósmego dnia, stawać oko w oko z wstydliwą tajemnicą: oto czym jesteśmy.

   I przychodzi dwudziesty ósmy dzień, i nie ma ucieczki.

   Dają one świadectwo temu, co w każdym z nas codziennie się odbywa.

   A są nieubłagane dla nas jak wszyscy męczennicy, którzy dają świadectwo swą przelaną krwią.



György Somlyó

przekład Jerzy Lisowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz