Bilet peronowy




Jeśli wypowiem słowo: miłość

— zaczniecie się śmiać.

A przecież długo mocowała się ona

z moją krwią

i chciała rozszarpać mi serce.

Zapragnąłem cię całą zagarnąć

— ale, na Boga, jak?



Gdzież indziej się można było całować

— na oczach ludzi

w biały dzień —

jak nie na kolejowym peronie?

Pociągi przychodziły i odchodziły,

błyskało odległościami,

Najpierw można się było żegnać

— zawiadowca dawał sygnał odjazdu.

Po chwili: powitanie,

padanie sobie w ramiona,

gdy wtoczyła się lokomotywa

i pociąg stawał.



Dziś już to wszystko niepotrzebne.

Szczęśliwi kochankowie

całują się, gdzie tylko im się spodoba.



Czytałem gdzieś, że ludzie tuż przed śmiercią

przeżywają w ciągu paru sekund

całe swe życie na nowo.

Nie wiem, kto wyświetla tak przyśpieszony film

na ekranie spoconego czoła.

Ale ktokolwiek by to nie był,

wyznam, że się zdarzały i fałszywe przysięgi.

Tyle tylko, że często mi łaskawy czas

udzielał rozgrzeszania.



Niezbyt długo chodziliśmy na peron.

Nagle się do mnie czule uśmiechnęła,

powiedziała: żegnaj!

— i machając z okna pociągu

odjechała mi w ciszę,

gdzie gołębie żałują graniastego gniazda

na stacji pośród torów.



Zaraz po niej odjechałem i ja

na drugi koniec świata.

A przecież żadnej, tej ni tamtej stacji,

nigdy na rozkładzie jazdy nie było

i nie ma.



Jaroslav Seifert

przekład Adam Włodek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz