Tę śmierć widziała w lustrach, jak własne oblicze,
Od gwiazd i od kanałów bardziej tajemnicze.
Koronki jej i kryza również umierały
I w uszach jej umierał każdy kolczyk mały.
Noc, idąc przez komnatę, gubiła pierścienie.
Nie były już cieniami nawet nikłe cienie.
Miłość nie dokochana, miłość nie dopita
Chowała się w komnacie w zasłonach ukryta.
I przypływały do niej gondole żałobne,
do zagubionych w nocy łabędzi podobne.
W wysokim oknie nocne niebo zadawało
Pytanie: "Jak przed wiatrem ustrzec gwiazdę małą?"
Śmierć nadciągała z wolna, jakby zalękniona,
A kwiaty, wyrzeźbione na malownej skrzyni,
Nie chciały już spojrzenia tej, co gaśnie, kona
I jest iskierką, zanim ziemią się uczyni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz