Hymn do miłości




W godzinę, gdy dnieje

i święte gwiazdy umierają ze wzruszenia

w miękkiej mgle niebios, a w powietrzu

ciepła migoce jutrzenka,

podejmijmy pieśń na chwałę miłości,

śpiewajmy, śmiertelni,

bogini wielmożność i moc.



Czystsza niż światło — o niewysłowiona!

Jakże cię wielbić

mową człowieczą,

która gruba jest i chrapliwa, a nie masz w niej wyrazu,

co by skalany nie był.

A przecież wargą, która bełkoce, gardzielą zdrętwiałą

wołać o tobie musimy jako

ten, który krzyczy,

poczwarnym dławiony lękiem lub

boleścią trudną.

Z równą bowiem

ociężałością i potęgą gwałci dusze

męka jak miłość,

choć ta cichsza jest

ze wszystkich rzeczy.



Opowiadać tedy będziemy z weselem,

jakoś się poczęła, boska, w one dni,

gdy z jaja czasu wylęgło się życie,

gdy z silnego oceanu,

lśniącą ociekając wilgocią,

młoda dźwignęła się ziemia.



O jakże

nabrzmiała pełzaniem, migotem i krzykiem

miliona istot dużych i małych, które rodziły się.

Była niby lwica, gdy karmi,

ociężała na poły, a na poły

rozżarta i udręczona głodem szczeniąt,

które kąsają się wzajem.



I wtedy z serca świecących wód, z fali szczęśliwej,

z fali koloru wina,

urodziłaś się, miłości,

rzewnie piękna i czysta.

Powietrze

przyjęło cię w siebie z onieśmieleniem,

jak obietnicę bezmierną,

i uciszone było wokół twej różanej nagości.

A potem

w przestrzeń odbiegło rozszerzając się zwolna

niby źrenica zdumiona.

A ty patrząc przystanęłaś na progu ziemi

na podobieństwo tej, którą

zaduma miękka obejmuje z nagła.

Po chwili

zbliżyłaś się i postawiłaś stopę na ląd, i iść poczęłaś

wśród miliona bestii,

które żarły się wzajem,

pęczniały

i okrutnym krzykiem nienasycenia

ginęły w dymiącym brzuchu bardziej silnego.



Niekiedy zatrzymywałaś się

u rąbka gajów półwidnych, u źródeł

i zasiewałaś w ziemię czułe kwiaty,

co żyć umieją nie czyniąc

krzywdy,

o b d a r z a j ą c nieustannie. A zdeptane

umierają bez gniewu,

śmiercią nieopisaną i piękną jak światło.

I w ciężkim mroku dębów

uczyłaś dziką maciorę tkliwie ogrzewać warchlaki,

zaś w serce pierwszego człowieka

włożyłaś klejnot miłosierdzia.



Wiele masz imion, ale pierwsze imię twoje jest czystość.

Och, czystość płomienna,

nasycająca potężnie,

co nie brakiem jest, lecz pełnią,

nie ucieczką, lecz uświęceniem.



I wtóre imię twoje jest cierpienie.

Nie masz spokoju miłującym. Wiecznie

siłują się w sobie ku szczęściu krocząc

przez schody struchlałości i światła, przez krużganki lamentu.

I nieustannie

drżą w lęku utraty, co czyha wszędzie:

w losie, w śmierci i we własnym sercu.

I oto bywa, że nocą

kochanek budzi się nagle, słucha

przy piersi lubej, zmorą dręczony śródsenną,

że serce jej bić przestało.

Z jakim wzruszeniem

rozważa stłumiony zarys jej szyi słodkiej,

zbyt wątłej,

i bladość dziecięcego policzka.



Delikatnie muska

smugę włosów,

co lśnią nikle i w zmierzchu poduszek

gasną jak wzruszająco cicha melodia.

I barki

drżenie mu spina, gdy

w czystym cieniu powieki

łzę dojrzy. Wie

bowiem: przez niego wypłakana. A on

otrzeć jej nie potrafi, choć umiałby

bez żalu wziąć w pierś nieokrytą cios śmierci, aby ocalić

przyjaciółkę.



Ach, czemu

choć miłujący tak, nie zdołał

sprawić, by nie cierpiała s a m o t n i e.

Dlaczego

wpisana jest w niecofnioną księgę czasu chwila,

gdy nie rozumiał, nie pojął.

Gdy z najczulszego kochania

urodził się owoc bólu. I spożyła go

w milczeniu.



A trzecie imię twoje, miłości, jest wesele.

Ty nas prowadzisz

w krainę pogody,

ponad strumienie trzech łagodnych rzek blasku.

A nurt ich

niby perły topione w mleku i niby śmiech

malutkiego, nagiego dziecka, gdy jest szczęśliwe.

O zapachy majowych kwiatów!

O chóry

rzewne, szlochające w zachwyceniu,

zachwycone chóry chłopców i kobiet.

O wzgórza

rozkwitłe słodko, gaje miękkie,

gdzie drzewa nie kładą cienia, na poły tylko

będąc sobą, ukradkiem roztapiając się nieco

we wszystko wokół: w powietrza smugę

i w stąpanie

Młodych Miłujących. Ci kroczą

po łące wstydliwie tuląc powieką

oczy, co poglądają, jakby

oddalały się

niewymownie i błogo w głąb własną,

wielokrotniąc przez wieczność swe ciche, zdumione bogactwo.



Taką szczęśliwość ty, bogini, dajesz

ludziom.



A oto dnieje.

Gwiazdy płowieją ze wzruszenia

w czystej pianie niebios, a na zorzy

płonie jutrzenka.

Zakochani zaś wznoszą hymn na chwałę miłości.



Anna Świrszczyńska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz