Oto umiera dzień
i z gór zstępuje śniada noc.
Gasną szmery dnia, a inne szmery
rodzą się w mroku, co z ziemi paruje
ku niebu, kędy drżą zwilżone gwiazdy
i wschodzi księżyc.
O nocy, matko potęgi,
z ciebie powstało wszystko, co jest.
Z ciebie wynikła czułość i gwałtowność i trwoga,
a żadne słowo ludzkie nie zdoła, jak silna jesteś, wymówić.
Tyś jest pięknością ponad wszelką piękność,
darem nad wszelki dar. Tyś tak obszerna,
że każdą słodycz, winę, grozę każdą
i wszelką świętość potrafisz pomieścić.
W tobie, o nocy,
jest samotny szloch
rozpaczy ludzkiej, której nikt nie słyszy.
Gdy zęby gryzą poduszkę, skurcz spina
ciało ogłuchłe, drętwe, przyczajone,
co czegoś w głębi własnej nasłuchuje,
w własną
opada przepaść jak wodospad, aby dotrzeć
do jądra bólu, do bólu korzenia.
I tak się w siebie zapuszcza, tak cofa,
prawie jak o b c ą r z e c z już odczuwając
rękę lub nogę, że nie zauważa
jak się miarowo, miarowo, miarowo
kołysze głowa zwieszona, sięgając
włosami ziemi.
W tobie, o nocy,
jest czysta miłujących rzewność, gdy dziewczyna,
w gnieździe ramion kochanka zasypia słodko,
uśmiechając się jego sile czułej i wiernej, co ją chroni
przed złem, jak niegdyś matki objęcie.
A on sam w sobie hamuje się, gwałtowność przyrodzoną
ujarzmia, by zbyt gorącym oddechem
nie obrazić jej snu. I pocałunkiem powieki
muska — nieśmiałym i czystym jak modlitwa.
W tobie jest myśliciela szaleństwo i moc,
kiedy spala się t w o r z ą c, a wielkie odetchnienie promieniste
dźwiga go ponad ziemię. I trwa tam wysoko
trącając końcem stopy gałąź u dębu wierzchołka.
Uszy jego zatrzaśnięte, oczy głuche,
pierś dyszy upracowana, gdy P r a w d a
palec na sercu mu kładzie, a ciało żywe
pod tym dotknięciem pali się sycząc. Bowiem myśli piętno
bardziej bolesne jest niźli piętno żelaza i ognia.
Ty jesteś mocarką, co dźwiga
w nierozwidnionych wieczyście ramionach
win naszych brzemię.
Ach, tak są ciężkie tym, co w c z a s i e spłodzeni,
przeciekają wzdłuż c z a s u, a nie wrócą się jako rzeki
ku źródłom swoim.
I przenigdy nie będzie im dane
chwili żadnej przeżyć raz drugi ani wymazać
z straszliwych Bytu ksiąg najcichszej myśli,
co raz wkroczyła w przeszłość
niby mumia
w trumnę z drzewa świętej sykomory, wonną i szczelną,
i — niepodległa zniszczeniu —
trwa poprzez wieki.
Tysiąc masz twarzy, ale najbezdenniej
pała nad nimi twoja moc, gdy t r w o g ą
przeszywasz serca śmiertelnych. Ty jesteś
matką prawiecznych trwóg. U twojej piersi
jak wino ciemnej dwoje bliźniąt ssało
czerstwych i pięknych. Człowiek oraz groza.
Tak razem rosły, że gdy się roześmiał
człowiek — to groza wtórowała śmiechem.
A gdy biegł dokąd — podążała za nim,
niby dziewuszka mała, co chce sprostać
igraszkom brata.
A największa groza — i ta była
w tobie, nocy: oczekiwanie skazańca,
któremu świt
przynosi chustkę na oczy i szafotu deskę śmiertelną,
i suchy trzask salwy.
Ale to są rzeczy zbyt wielkie, o których
rzadko jest dane prawo mówienia tym,
co nie przeżyli. Nie mam tego prawa.
Od gwiazd
idzie cisza. Nad światem
płonie noc, matka potęgi i śmierci.
Tyś porodziła otchłań
i święte chaos, nasienie świata.
Z łona twojego wyszli bogowie, zwierzęta i gwiazdy.
Z ciebie na początku wynurzyliśmy się
i w ciebie powrócimy, gdy dopełni się czas.
Jak ryba, która wyda się z głębiny
i znów w nią pierzchnie.
Anna Świrszczyńska
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz