Wiersz o słowiku i poecie




Już słońce wiosenne do oczu się prószy,

Po rowach się tapla zajączków migotem.

A wyjdziesz na Trubną — uderzy ci w uszy,

Ogłuszy cię ogień słowiczy jak grzmotem.



Tak miło iść wiosną bez celu przed siebie:

Zapuścić się w sad, to znów brnąć po bazarze!...

I oto dwa słońca przed tobą: na niebie

I w wypucowanym na glanc samowarze.



I tu śpiewa słowik. Mgły grubą bawełną

Spowity jest muzyki grom najgorętszy...

Pod klatką wrze słońce na kramie, gdzie pełno

Dzbanuszków, gdzie cukier kostkowy się piętrzy...



Uwielbiam słowiki — i każdy ich motyw

Sens coraz to inny słuchowi odsłania:

Coś z leśnej fujarki — coś z plusków, coś z grzmotów —

Coś z pieśni kułaczej i coś z kołatania...



Podchodzi sprzedawca:

— Co?... Gwiżdże jak szatan!

No, kup pan, kosztuje jedynie dukata —

To nie są pieniądze! I sam pan zobaczy,

Że w domu zaśpiewa zupełnie inaczej...



Od słońca słaniając się, z klatką przez miasto

Na punkt tramwajowy się wlokę spacerkiem.

A Moskwa gwiaździście się tli i krzyżasto

Wokoło mnie tłoczą się flagi i cerkwie.



Jest dwóch nas!

Ja — Cygan, i ty — śpiewak lata,

Ślipiasty słonecznych sezonów profeta.

Kupiłem wraz z tobą za tego dukata

Czeremchę i północ, i lirykę Feta.



W krąg słońce wiosenne do oczu się prószy,

Po rowach się tapla, w szkła taflach się łamie.

Nas dwóch.

Przelatują tramwaje, tnąc uszy

Ostrymi dzwonkami i lśniąc lusterkami.



Nas dwóch...

A gdzie tramwaj nasz?... Drepcę i drepcę,

Południa żar dźga, ciężko stać na wysepce.

Świat zmiękł, widziały kożuch zielony zarośla.



Nas dwóch...

Lecz donikąd iść z tobą nie mogę;

Nagrzały się trawy, w powietrzu swąd rośnie —

Wiosenne to słońce zagradza nam drogę.



I dokąd nam iść? Nasza wolność jest gorzka!

Gdzie śpiewać masz?

Ja — gdzie się w rymach wyszumię?

Nasz gwizd, nasze gromy

Sprzedają z półkoszka...

Brać, wybrać —

Zawiną lub z miejsca konsumuj!



Schwytano nas obu,

Puszczono nas — w sieci!

Twój świst z podmoskiewskich jodełek nie wzleci,

Nie zadrżą od grzmień pełne mgieł ciche strony...

Stwierdzono, coś wart

Według stawek gotowych —

I grzmij wśród płóciennych okładek zielonych.

Jak ja pohukuję wśród stron gazetowych!...



1925



Edward Bagricki

przekład Józef Waczków

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz