Już słońce wiosenne do oczu się prószy,
Po rowach się tapla zajączków migotem.
A wyjdziesz na Trubną — uderzy ci w uszy,
Ogłuszy cię ogień słowiczy jak grzmotem.
Tak miło iść wiosną bez celu przed siebie:
Zapuścić się w sad, to znów brnąć po bazarze!...
I oto dwa słońca przed tobą: na niebie
I w wypucowanym na glanc samowarze.
I tu śpiewa słowik. Mgły grubą bawełną
Spowity jest muzyki grom najgorętszy...
Pod klatką wrze słońce na kramie, gdzie pełno
Dzbanuszków, gdzie cukier kostkowy się piętrzy...
Uwielbiam słowiki — i każdy ich motyw
Sens coraz to inny słuchowi odsłania:
Coś z leśnej fujarki — coś z plusków, coś z grzmotów —
Coś z pieśni kułaczej i coś z kołatania...
Podchodzi sprzedawca:
— Co?... Gwiżdże jak szatan!
No, kup pan, kosztuje jedynie dukata —
To nie są pieniądze! I sam pan zobaczy,
Że w domu zaśpiewa zupełnie inaczej...
Od słońca słaniając się, z klatką przez miasto
Na punkt tramwajowy się wlokę spacerkiem.
A Moskwa gwiaździście się tli i krzyżasto
Wokoło mnie tłoczą się flagi i cerkwie.
Jest dwóch nas!
Ja — Cygan, i ty — śpiewak lata,
Ślipiasty słonecznych sezonów profeta.
Kupiłem wraz z tobą za tego dukata
Czeremchę i północ, i lirykę Feta.
W krąg słońce wiosenne do oczu się prószy,
Po rowach się tapla, w szkła taflach się łamie.
Nas dwóch.
Przelatują tramwaje, tnąc uszy
Ostrymi dzwonkami i lśniąc lusterkami.
Nas dwóch...
A gdzie tramwaj nasz?... Drepcę i drepcę,
Południa żar dźga, ciężko stać na wysepce.
Świat zmiękł, widziały kożuch zielony zarośla.
Nas dwóch...
Lecz donikąd iść z tobą nie mogę;
Nagrzały się trawy, w powietrzu swąd rośnie —
Wiosenne to słońce zagradza nam drogę.
I dokąd nam iść? Nasza wolność jest gorzka!
Gdzie śpiewać masz?
Ja — gdzie się w rymach wyszumię?
Nasz gwizd, nasze gromy
Sprzedają z półkoszka...
Brać, wybrać —
Zawiną lub z miejsca konsumuj!
Schwytano nas obu,
Puszczono nas — w sieci!
Twój świst z podmoskiewskich jodełek nie wzleci,
Nie zadrżą od grzmień pełne mgieł ciche strony...
Stwierdzono, coś wart
Według stawek gotowych —
I grzmij wśród płóciennych okładek zielonych.
Jak ja pohukuję wśród stron gazetowych!...
1925
Edward Bagricki
przekład Józef Waczków
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz