Jerzemu Kwiatkowskiemu
I. WSTĘP
w końcu
w radomskiem
ktoś musiał zbudować
czerwony mur surrealizmu
wokół grobu kataryniarza
nad którym szalika szafir
trzyma
dzięcioł w dziobie
w poświacie nieruchomy
wkrótce
będą się pięły murem
nowe
inne róże
jak sny
chcące wejść przed nocą
do zamku
II. MIASTECZKO
w kraju gdzie od wieków
wyobraźnia
jak mucha w smole
z kampinoskiej puszczy
gdzie ciągle
laseczką
radcy ukazuje
co czytać należy
pan asnyk
w kraju gdzie leśmiana
tylko jeden mak zrozumiał
co chwiał się przy lubelskiej miedzy
jeden mak w całym kraju
wśród tłumu o wyobraźni
martwej jak ich nazwiska
w kraju gdzie
c h ł o p j a k d ą b
k t o r a n o w s t a j e
trzeba pokazać ludziom
że w dębie jak wielki
czarny witraż wyspiańskiego
śpi stojąco
król wisielców
tak oto powstało
miasteczko nadrealistyczne
z kogutem lunatykiem
co skacze czasem
nocami
przemieniony w malutki
płomyk
po topolach
lśniących księżycem
miasteczko o rynku
gdzie długowłosy poeta
walczy z rakarzem
miasteczko o ratuszu
z którego czarny baran
zwiastuje zaćmienie słońca
miasteczko o kościele
w którym podczas
podniesienia
środkiem
ksiądz wujek jedzie na rowerze
w białym ubraniu
z siatkami na motyle
III. ZABAWA MIASTECZKA
nad miasteczkiem
wielkie czyste gwiazdy
do których doczepiono
na linach drabiny
na końcu każdej
siedzi czyściciel gwiazd
w roboczym mundurze anioła
z talią kart
barwnych
w ręce
jak świąteczną
pijaną rodziną
waha się w atmosferze
czy treflami
czy kie
rują się ku sobie drabiny
zbliżają
oddalają
ta ruchoma
gra w karty
pod daszkiem gwiazd
bawi
jak kogut pijany
IV. SPRZECIWY
nudzi nas
ten pąsowy dziadek
surrealizmu
to jego wieczne
kłapanie zębami
to
w zasadzie niesmaczne
wrzucanie ogromnego
dzwonu
nocą do mieszkania
poczciwego burmistrza
ten naiwny
nagły strzał
z dość starego działa
do publiczności
chłonącej uwagi
przewodnika po zamku
w końcu
podobne obrazki
breton już naklejał
na szyby ekspresów
V. PRZYJACIELE
z naszych co dzieciątkiem
kąpano w miesiącu
jedynie mi bliski
konstanty ildefons
mocna też wata
poezji czarna tarcza
w którą kruk stukam
i już przez okno
kwitnące tarniny lecą
kwiaty białe wznoszą
a gałązki ścielą ziemię
zaraz na ich kolejce klękają
ludzie dziwacznie długowłosi
gdy powietrze jest martwe
jak w czyśćcu
jeszcze baczyński
krzysztof
co przez kanał powstania
przenosił chrystusa
z katedry świętego krzyża
niestety utonął
w czarnym dymie
poza tym miłosz
a już tych książek nie widzę
co jak jabłka złote rzędem
za szybą by
ustawić
z krytyków
grę
moich wież
nad którymi
motyl szkarłatny
jak grających pycha
ci w lot zrozumieli
co naznaczeni
płomykiem wyobraźni
jako wszyscy święci
z malarzy
zimowych nocą
z okna wychodzi
z białych paproci mrozu
niewielki
i siada przy stole
w cylindrze
w tużurku
(w kieszeniach
ma jak precle
zgniecione aureole)
i najpiękniej najsubtelniej
mówi mi
o malarstwie
nikifor
VI. PASTORAŁKI O POEZJI
we francji znów
jak słyszę
gesty poetów
jak w raju pierwszych ludzi
pod drzewem odkrywszy
kamyczki
i ślimaki
w słońce poezji
z zachwytem je
rzucają
bo zapadł się wreszcie grzbiet
ich płonącego konia wyobraźni
czarne skrzydła
uleciały jak nietoperze
oni tam teraz
budują
od zielonej trawki
ich praca piękna
jak świętych
lecz że kraść nie wolno
z rajskiego ogrodu
więc
to za mało
*
białoszewski w białym blasku pleśni
jego drzewne zwierzątka
jak on się snują
milczące
lecz
nigdy nie ujrzy
jak krople rosy
na paproci
odbijają jastrzębia
co przez białe koło miesiąca
przepływa
nie dojrzy trudu
ptaka
dla syneczka swego
więc choć dymy jego kapłaństwa
miłe są sztuce
poetom
jest to światowid poezji
o zasnutej pajęczynami
serc połowie
i połowie oczu
*
ach naiwności awangardy
samolociki
na gumkę
serce
jak młyński kamień
przyboś w galicji
odnosił zwycięstwa
dziś na stolicy
on wysokich krzesłach
podrzuć mu kartę
"jakie są myśli
starego schorowanego diabła
co zabłądził
w kominach cegielni"
ankieta
podpis
długo ręce myje
w wodzie z poświęconą kredą
a potem trze je
racjonalnym ręcznikiem
ach naiwności awangardy
samolociki
na gumkę
serce
jak młyński kamień
VII. SPOJRZENIE
kraju nowy
z którego przez otwory w murze
motyle płyną
kraju nowy
gdzie głowa wylatuje
czarta skrzydlata
kraju nowy
nowocześni koźmiani
nic ci
nie uczynią
drewniane ich
posągi
nikną w pianie
ostów
i tak odchodzą
z przekleństwem
VIII. ŻART JAK WYTCHNIENIE
(trzy poetki z krakowa)
trzy poetki z krakowa
furkę kierują
prosto na biały
pagórek księżyca
wiersze piszą
nepomucena
na podłodze się kładzie
po suficie białym
jak polana puszczy
cienie na ulicy
przelatują jak wilki
nepomucena
mówi
kochajcie mnie
i wilki chcą uchodzić
za kochanków ładnych
w drewnie figury się
zmieniają
są to przeważnie
turonie zza choin
o ogromnych niebieskich
oczach świętych
domalowanych pospiesznie
więc turonie schodzą
i kupują nepomucenę
za swe wszystkie złote
gwiazdy kolędników
a ona w śmiechu
ukazuje
gardła czerwone
piekiełko
joanna
na szklanej podłodze
pod którą ryby pływają
ona w czerwonych pończochach
tańczy
przed oskarem wildem
gdy w kaganku płonie
martwy
błękitny ogień
anna
karty zbiera
damy na ołtarza
dywanie
które rzucili święci
co na witrażach pijani
pląsają
po niebieskiej z umartwień
trawie
trzy poetki krakowa
furkę kierują
prosto na biały
pagórek księżyca
one
wiersze piszą
IX KRAKÓW JAK NOC JESIENNA NIBY DZIEŃ NIE WIADOMO
gdy wychodzę z obrazka snu
na którym poetka
zamieniona w czarną niedźwiedzicę
przedkłada coś
niezapominajkom
wtedy kraków
kościoły
w niebo sine
kawkami dymią
parasol
filozofię
jesiennych kawek
burmistrz dźwiga
kraków jest zamkiem starym
pełnym jak róż
czerwonych zawiasów
w piwnicy
trąbka
czarne kapelusze
młodej polski
wódki pełne
ostrożnie do ust
ręce niosą
kraków jest zamkiem starym
pełnym jak róż
czerwonych zawiasów
wysnuty z pajęczyn
lubię chwiać się
korytarzami jego
w piwnicy
czoło wybrańca muz
żadne się nie bieli
nie zaszumi tu
szal racheli
kraków jest zamkiem starym
pełnym jak róż
czerwonych zawiasów
wysnuty z pajęczyn
lubię chwiać się
korytarzami jego
ze świecznikiem
w zaułku
księżyc chce się
schronić do latarni
tyle jest wokół noży
w dzielnicy kazimierz
kraków jest zamkiem starym
pełnym jak róż
czerwonych zawiasów
wysnuty z pajęczyn
lubię chwiać się
korytarzami jego
w paradnym stroju grabarza
oświecam
pępek strip-teasu
jak wir
w którym utonęło wszystko
prócz hejnału
pełen jak róż
czerwonych zawiasów
ze świecznikiem
przez otwór kwadrat
przechodzę
i pod gwiazdą
chwytam za uzdę
w secesji zielonych gniazdach
konia miedzianego
z wyszczerzonymi zębami
co wrony odpędza
jak gzy
w paradnym stroju grabarza
gdybym spotkał kogo
nijako ubranego
co się zsuwa po ścianie
biłbym w mordę
długą
tabuny koni kossaka
idą pomieszane
z białymi kozami
z nowohuckich wanien
gryzą w mgle
kopuł łąki
mokre
i przesuwają się coraz dalej
do wisły
nad którą
jak blade piwniczne
ziemniaczane nacie
snuje się śpiew cieniutki
o c u d z i e
a kawki się płoszą
uśpione
ach
chwiejąc się
korytarzami
w paradnym stroju grabarza
biłbym w mordę
świecznikiem
na ścianie
swój cień
w korytarzach
gdzie tylko
księżyce latają
X. POLSKA
metafizyka
jak chmura nad światem
niżej
wiedziona nieomylnym instynktem
przesuwa się moja
dymiąca głowa
nad mym
krajem wesołym
gdzie
gdyby w letni
pachnący macierzanką
wieczór
każdy zabity żołnierz wstał
chustką czoło ocierał
ptakom się dziwił
nieswojskim
matki wzywał
byłaby to istna
wieża babel
XI FINAŁ
nad jeziorem
ryba płynie
księżyca srebrny welon
chwyta
w załomach księżyca
larwa lunatyczki
czeka na pełnię
motyla
na uroczysku
dwa szkielety
koni
założyły
głowy na szyje
róży się
śnią
polnej
aż gdy
róża zroszona
od srebrnego potu
wtedy o skrzydłach
jak marzenie chinki
wysmukła
jak górski strumień
muza nowa
z księżyca schodzi
i opadają z niej
resztki złotego kokonu
lunatyczki
na kaczeńce pod wiosenny
świt
i odchodzących szkieletów koni
konstrukcje
na popiół idą
a bielejące mgły
mgławice
na światy nowe
czyhają
Jerzy Harasymowicz
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz