Chyba, kochaneczko, tu zostaniemy, w tym kraju, w zieleni
tu gdzie te drzewa, wśród kwiatów motylich, wśród koron zielonych,
tu nasze lato powoli do jesieni dojrzewa.
Już nie wrócimy
Tu zostaniemy.
Tu zostaniemy i dobrzy zostaniemy, pustelnica niewiasta
i mąż pustelnik, święci, miłością sobie wzajemni.
W zwiewnym słodkim nastroju chodzimy przez tę puszczę
po wilczych śladach i drażliwymi dziwacznymi zwrotami
będę ci wiele rzeczy opowiadał. A tam w górze tymczasem
w spokoju, promiennie, w prastarym drżeniu liście tulą się do siebie
i zieleń ich cieni twarz twoją przebiega,
błękitne twe oczy okrągło otwierasz.
Będę także malować. Cudownie pięknie będzie!
Każdy mój obraz cudobrazem będzie. Gdy twe szaty zrzucone
legną na piasku i pluśnie pod tobą staw niebieski
złoto, namaluję anioła jak starodawny
Giotto, obraz twego ciała w mojej duszy blasku.
Prosty pastuch, z zakrzywionym kijem, wspinam się po szczytach
i gdy słońce się kryje — na twoje wołanie, co w oddali ginie —
mój cień wydłużony rzuca się w dolinę.
Beztroskie lata. Jakbyś w me włosy wpinała jakiś
ciężki kwiat, który światło zaćmiewa, tak odczuwam księżyc pośrodku nieba.
Kiedy chrust migocąc czerwono się rozpala, pośród kroczących powoli
aniołów, w bezkresnym lesie, wśród cichych pieśni,
do ciebie na mchu przytulę się miękkim... Wśród gałęzi
szemrzących, wśród aniołów
przygotowujemy się do miłej śmierci.
Jenő Dsida
przekład Jan Zych

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz