Świt na Körúcie








Świt wstawał ślepy, brudny, szary. Spały

Sklepy o szklistych oczach i w parowie

Kamiennych murów wolno kurz wzbijały

Miotły zaspanych stróżów opieszałych,

Zgarbionych, małych, niby koboldowie.



Nagle wśród ślepych murów zapłonęła

Ognista głownia, żar nieba wschodniego:

Na wszystkie szyby ulewa runęła

Słoneczek, rzeka po bruku płynęła,

Milion karatów Światła Bezkresnego.



Ulica lśniła. Chciwie wytęskniony

Akacja piła cudowny eliksir

Złotych promieni, w jej koku zielonym

Z westchnieniem zadrżał blady i zwieszony

Skarb jej wiosenny — kwiatów parę kiści.



Żaden głos jeszcze Światłu nie wtórował,

Wtem barw skowronki radośnie zagrały,

W witrynie krawat zaś zaintonował

Pieśń fioletową, a zaraz bez słowa

Potężne dzwony mu odpowiedziały.



Syrena wyła goniąc do roboty,

Wyjechał tramwaj jęcząc wśród ulicy

I w dnia harówce nikt nie wiedział o tym,

Że jeszcze rzuca pocałunek złoty

Słońce na rękę młodej robotnicy.



Árpád Tóth

przekład Bohdan Zadura

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz