Nic nie jest nasze







Co dzień to samo drzewo otoczone

swoją zieloną gadatliwą rodziną,

co dzień płacz niemowlęcego czasu

kołysanego na wahadle w cieniu.



Rzeka bez pośpiechu daje przezroczystą kartę.

Cisza podróżuje ku następnemu dźwiękowi.

Czułymi paluszkami

ziarenko rozwija powijaki z mułu.



Nikt nie wie, po co istnieją ptaki,

ani twoja butla z winem, pełny księżyc,

ani mak, co żywcem się spala,

ni kobieta na harfie, szczęśliwa niewolnica.



Ubieramy się w wodę, w uległe nam sieci,

w niewidzialne i serdeczne rzeczy,

przystrajamy się lekkimi resztkami gołębic,

tęczami i aniołami.



I płuczemy skąpe złoto dnia,

licząc ziarnka, a zachód zraniony

pali swoje okręty i zbliża się noc,

kapitan ciemnych plemion.



Ty przemawiasz wtedy, niebo:

twoje wysokie nocne zapala się miasto,

twój tłum przechodzi z pochodniami

i patrzy na nas w milczeniu.



Wszystkie formy ziemskie i przelotne:

młodzieniec, który w łóżku wyhodował posąg,

kobieta z dwoma sercami ptaka,

podstępna śmierć przebrana w owada.



Całą ziemię pokrywasz, umarły człowieku,

upadły jak klatka złamana

albo rozdarty pocisk,

albo wapienny dom potwornego pająka.



Umarli należą do zakonu

podziemnych anachoretów.

Czy śmierć jest nędzą ostateczną,

czy też dawnym królestwem odzyskanym?



Człowieku, karmiony latami i ciałami kobiet:

kiedy Bóg zachęci, uklękniesz.

I jedynie pamięć rzeczy

kładzie ciepło, już bezużyteczne, w twoich pustych dłoniach.




przekład Czesław Miłosz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz