Na schodach studni siedzą żebracy
od wiosny aż do żałosnej jesieni,
tylko gdy pieniądz na kamieniu dzwoni,
poruszy ich na chwilę,
i woda z paszczy delfinów wytryska.
W pobliżu bawią się dzieci,
rozpryskują plamy świateł przesianych przez gałęzie
i z krzykiem wymieniają nazwy jadących aut,
tak obce i tak piękne jak imiona gwiazdozbiorów:
Fiat i Bugatti
na płynącym obłoku dnia.
Już wkrótce koniec lata,
za kilka dni
uwiją dziewczęta wieniec zimowitu
i położą go u stóp bogini;
z gorzkiego zimowitu,
który w kielichach swych kryje jad,
jak kubek wódki.
Nie powiem wam
nic nowego.
Spotkałem dziś dziewczynę nieznajomą;
bywają jeszcze dziewczęta piękne jak niegdyś,
o urzekającym spojrzeniu —
ich piękność tylko smuci.
Płacz, płaczmy, smućcie się wszyscy,
gdyż wieczorem, wspominając ją
i żegnając,
żegnałem dni tego lata.
Po moreli spaceruje pszczoła,
i śliwki modro świecą pośród liści,
niedługo już opustoszeją groble rzek
i brzegi stawów,
znikną trykoty opinające piersi dziewcząt,
tych dziewcząt, które płoszyły ciszę samotnych ryb
i moje naiwne oczy.
W paszczy delfinów zamarznie pieśń
i zacznie padać śnieg
na jego płetwy, zielone od mchu,
i fale twoich włosów.
O, ta cisza domu, którą oddychamy,
dalecy od przygody!
Bacz, byś oddechem nie zdmuchnął cienia,
który rzuca jabłko
i zardzewiała szabla na ścianie.
Jaroslav Seifert
przekład Janina Brzostowska
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz