Maurice Vlaminck
Ach, będę się miotał po ciemnym taborze ulicy
Za czarną karetą, gałązką czeremchy w jej wnętrzu,
Za śniegu woalem, za młyna odwiecznym turkotem.
Pamiętam jedynie tych płowych kędziorów koniuszki,
Nasiąkłych goryczą — nie, nie — z kwaskowatym nalotem,
Po których zostaje na wargach spierzchnięcie bursztynu.
I nawet powietrze mi wtedy wydaje się piwne,
A źrenic kółeczka otacza jaśniejsza obwódka
I wszystko, co wiem o tej skórze jabłecznej, różowej...
A jednak skrzypiała mi wtedy dorożka na płozach,
Przez szpary w rogoży patrzyły się gwiazdy kłujące,
Dudniły miarowo kopyta po zmarzłych klawiszach.
I tyle mam światła, co w gwiezdnym kłującym złudzeniu,
A życie przetacza się pianą woalu z teatru
I nikt już nie powie: "Z ciemnego taboru ulicy..."
Osip Mandelsztam

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz