Gdyby moja miła któregoś razu zechciała
Na moich oczach nie poprzestawać,
Lecz skoczyć, jak Alicja, w głąb mojej głowy z rozwianą spódniczką,
Nie znalazłaby stołów ani taboretów,
Żadnych dogasających węgli,
Żadnych szponiastych łap mahoniowego kredensu,
Ani pełnego barku, ani wokół kominka foteli wytwornych,
Ani półek wypchanych maleńkimi szabasowymi modlitewnikami,
Ani leniwych pokojówek, ani kamerdynera-moczymordy,
Znalazłaby się nagle w splotach skradającego się, zmiennego światła,
W małpich brązach, rybich szarościach, w sznurze zatrutych kręgów,
Włóczących się groźnie, krzepnących bez mała;
Złudzenia, co kurczą się do rozmiarów damskiej rękawiczki, to wszystko wokół
Chorobliwie przerastają; spostrzegłaby również
Nieczystą podłogę, co mogłaby być skórą grobu,
Znad której wznosi się odrażający odór zdrady,
Grecki posąg kopnięty w jaja, forsę,
Koryto zlewek szlachetniejszych uczuć. Ale nade
Wszystko zatykałaby uszy, by nie słyszeć nieprzerwanej recytacji,
Nastrojonej rzeczywistością, spasionej technicznym słownictwem,
(Zawsze z podwójnym żółtkiem: znaczeniem i jego negacją):
Bo jazgot tego biuletynu rozplątuje świat niczym węzeł,
I wieść, że przeszłość już przeszła, a przyszłość obojętna,
Mogłaby wytrącić moją miłą z jej osi bezcennej.
Philip Larkin
przekład Jacek Dehnel
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz