Przed wiekami, przed chwilą




I



Otworzyć zardzewiałym kluczem

furtkę ogrodu zarosłego zielskiem

i wejść w pokrzywy.

Skrzypią zawiasy.

Jak nieoczekiwanie zamknął się ten ogród

przed wiekami, przed chwilą.



W rozgałęzieniu śliwy ten chłopiec

siedzi od lat pięćdziesięciu i nie wie,

że skończył szkołę, wsiadł na konia,

dostał kulę pod Kutnem.

Był ostatnim ułanem, miał zielone oczy,

nie dokończony list nie dotarł do mnie.

Listku zielony, pisane ci zżółknąć,

opaść na ziemię, stać się leśną ściółką.



Pod murem z cegły, na krzaku agrestu

pajączek zasnuł wstążkę niebieską.

Gdzie teraz, siostro, zaplatasz warkocze?

Za siedmioma górami, których nie przeskoczę.



II



Trawa sucha, pożółkła, osty stupalczaste,

wiechcie bylin schylone nad ziemią, gdzie rosła

słoneczna marchew, wysmukła pietrucha,

chrupkie rzodkiewki, srebrzysta sałata:

pachnący bukiet jarzyn, radość głodnych ust.

Matka nad grządką pochylona piele

chwasty cierpliwie,

podnosi szare oczy, patrzy, kto

wszedł do ogrodu, jeszcze nie poznaje,

nie oczekuje mnie tak wcześnie,

dla niej zbyt wcześnie, ona woli we śnie

przychodzić do mnie, odwiedzać świat żywej,

pozwala się częstować kawą w pozłacanej

filiżance z serwisu, który był prezentem

imieninowym — tyle świateł, gości,

zapach perfum. Filiżankę mam dotąd,

miałam, z porcelany kruchej

jak ona, która teraz

w tym ogrodzie zarosłym, zgęstniałym

od nadchodzących, patrzy na mnie smutno:

— Nie przychodź jeszcze. Jeszcze masz czas.

Jutro.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz