Nocny testament [z poematu Noctes Aninenses]




Ja, Konstanty, syn Konstantego,

zwany w Hiszpanii mistrzem Ildefonsem,

będąc niespełna rozumu,

piszę testament przy świecach.



Ćmy się, zaznaczam, kręcą przy lichtarzach

i drżą, i ręka mi drży —

a więc majstrowi, co lichtarze stwarzał,

zapisuję czerwcowe ćmy.



Jeśli kiedy go rozwlecze chandra,

w wieczór będzie śród tych ulic stąpał,

ćmy się zaczną kręcić na werandach,

gasnąć kule niebieskie na klombach,

ćmy zobaczy, twarze w złotym dymie

i przystanie. I wspomni me imię.



A poetom żyjącym i przyszłym

zapisuję mój kaflowy piec,

w nim spalone myśli i pomysły,

czyli różne gry niewarte świec,

nadto księżyc, pełny mój kałamarz,

co mi sprzedał go wędrowny kramarz.



Jeśli tedy kiedyś, w latach innych,

jak ja dzisiaj nocą wzniosą głos

i rozłożą swoje pergaminy,

wzdychać zaczną, jak uwiecznić noc —

to ja będę w kuszeniach chmur,

w pergaminach i skrzypieniach piór,

bom ja nocą zaszumiał i odszumiał

i do dna jej partytury zrozumiał.



Córce mojej, Kirze, tancerce,

zapisuję niebiosa siódme,

cherubinów modlących się z tercyn,

szum wysoki i światła ułudne,

i przyrodę jak skrzynię sekretów —

niechaj z niej się uczy swoich baletów.



Teofilowi, gdy się w mieście zmierzchnie,

daję całą uliczkę do szeptów

oraz pewną bramę na Lesznie,

gdzie był kuty w żelazie Neptun,

ale uciekł, bo miał wstręt do miasta.

Teraz w niebie jest spokojna gwiazda.



Wszystkim dobrym cały czar, co wezbrał,

na tej ziemi, daję jak alfabet:

pory roku ze złota i srebra

i dzięcioły, i te muszki nawet

wieczorami, wielkim rojem, przy akacjach,

w głębi zorza, z której się nie wraca...



Wierszom moim fosforyczne furie

blaskiem w wertep ciemny i zły —

a mojej Smagłej, mojej Smukłej, mojej Pochmurnej

                                                                                          łzy.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz